🥀~Rozdział 7~🥀
🥀~Złe samopoczucie ~🥀
Perspektywa Aidena
Promyczek był jeszcze przez tydzień w szpitalu, po czym wrócił do domku w Wenecji. Cały czas byłem z nią, jednak martwił mnie jej stan. Zawsze w nocy budziła się z płaczem, a ja byłem bez silny. Co prawda udawało mi się ją uspokoić, jednak bałem się. Zdziwiłem się, że Larisie udało się złapać dobry kontakt z moim słoneczkiem.
Do Stanów mieliśmy wrócić dzisiaj, ale już nigdy nie pojadę z nią na lotnisko. Za godzinę miał przylecieć po nas mój człowiek helikopterem.
— Kochanie, na pewno wzięłaś wszystkie leki? — zapytałem, gdy dostrzegłem jak kładzie się na kanapie.
— Tak, nie musisz się martwić — wyszeptała, a ja od razu wyszedłem z kuchni i kucnąłem przy niej.
— Co się dzieje? Martwię się o Ciebie — powiedziałem i pogłaskałem ją po policzku.
— To naprawdę nic — wyznała i wtuliła się w moją dłoń.
— Kochanie, proszę — coraz bardziej nie wiedziałem się bałem.
— Trochę za kręciło mi się w głowie — odparła i przymknęła na chwile oczy.
Lekarz uprzedzał mnie, że tak może się zdarzać. Wyschnąłem cicho i pocałowałem mojego Promyczka w czoło.
— Przyniosę Ci wody — powiedziałem po chwili, a szatynka pokiwała głową.
Niecałe pięć minut dostałem wiadomość, że już jest gotowy helikopter. Samuel i Larisa wrócili zaraz po tym jak Ray wyszła ze szpitala i jej stan się ustabilizował.
— Trzymaj się mnie, kochanie i nie patrz w dół — powiedziałem, kiedy razem wchodziliśmy do maszyny.
— D-dobrze — wyjąkała, a ja byłem z niej dumny.
Kiedy byliśmy już w środku, mocno objąłem Promyczka i co chwila składałem pocałunek na jej główce.
Gdy wylądowaliśmy na dachu naszego domu, pogładziłem ramię szatynki, a ta od razu otworzyła swoje piękne oczka i na mnie spojrzała.
Lekko się uśmiechnęła, a ja cieszyłem się, że nie jest przybita i wraca do niej szczęście.
Pomogłem jej wysiąść, po czym razem weszliśmy do środka. Od razu przywitali nas moim bracia ich żony.
— Jak dobrze, że już jesteście — zabrał głos Samuel. Kiedy siedzieliśmy wszyscy w salonie. — Przykro mi, że nie udały wam się wakacje.
Już miałem coś powiedzieć, ale zaskoczyło mnie słowa mojego słoneczka:
— Chociaż oprócz tego strasznego wydarzenia, to naprawdę było fajnie i podało mi się. Dziękuje, że wziąłeś mnie do Wenecji — wyznała i wtuliła się w mój bok.
Uśmiechnąłem się szeroko i pocałowałem ją w policzek.
— Tak samo świetnie się bawiłem — wyznałem.
Później przeszliśmy na spokojne tematy. Do wiedzieliśmy się, że mój głupkowaty brat Samuel i Larisa spodziewają się dziecka. Naprawdę się cieszyłem ich szczęściem. W końcu w naszej rodzinie pojawi się nasz potomek.
Szkoda, że czekała na nas jeszcze bitwa, która mogła przeważyć na wszystkim...
********
Witajcie kochani
Kolejny rozdział dla was. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Przepraszam za błędy. Bardzo bardzo dziękuje za czytanie i dawanie gwiazdeczek ❤️
Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top