part seven

  - Jestem z Norwegii... w zasadzie to już wiesz, wszyscy wiedzą... - chłopak trochę gubił się w wypowiedzi.

  Zdawałem sobie sprawę, że wcale nie ze stresu czy przejęcia. Po prostu trudno opowiadać o sobie wprost, bez żadnych konkretnych pytań od drugiej osoby. Znam to z własnego doświadczenia. Uśmiechnąłem się, żeby zachęcić go do kontynuowania.

- W zasadzie nie wiem co mówić- zamyślił się Tord -W dzieciństwie dużo czasu spędzałem z dziadkami, ciotkami i innymi członkami rodziny, bo rodzice byli zajęci pracą. Są bardzo dobrymi ludźmi, kochającymi i w ogóle, nie narzekałem. To nie ich wina, że tyle mieli na głowie i nie zawsze mieli dla mnie czas.

  Chłopak poprawił włosy, wpatrując się w stół, jakby ogromnie nim zainteresowany.

- W zasadzie, nie wiem po co aż tak się rozwijam. Pewnie mało cię ciekawią takie bzdety - dodał po chwili, zniżając lekko głos.

- Nie, nie, mów dalej - zareagowałem szybko, nie chcąc, żeby Tord kończył opowieść. Mówiąc o sobie przedłużał tylko moment, w którym to ja będę musiał coś o sobie wspomnieć, a nie powiem, było mi to bardzo na rękę.

  On tylko spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się półgębkiem.

- Rzadko kiedy ktoś ma ochotę mnie słuchać. To miłe, poważnie. - zaśmiał się, odwracając ode mnie wzrok.

- Masz po prostu przyjemny głos. - powiedziałem, w zamierzeniu chcąc odciągnąć tym uwagę od tak szybkiej, wcześniejszej reakcji, ale od razu skarciłem się w myślach, za tak nieprzemyślaną uwagę.

  Towarzysz nie skomentował tego, na co w głębi duszy odetchnąłem z ulgą.

- Miałem na myśli, że dobrze mi się ciebie słucha, bo twój głos ani nie skrzeczy, ani nie jest strasznie wysoki...aj, rozumiesz. - zacząłem się tłumaczyć, nerwowo unosząc kąciki ust. Miałem wielką nadzieję, że Tord nie wziął mnie za półgłówka.

 
  - Rany, muszę już lecieć - powiedziałem w którymś momencie, patrząc na zegar wiszący na ścianie.

  Tak wciągnęła nas rozmowa, że straciliśmy poczucie czasu.

- Ty, faktycznie. Zaraz osiemnasta - Tord lekko poderwał się na krześle.

  Wstaliśmy z miejsc i podeszliśmy do wieszaków, na których przed wejściem zostawiliśmy ubrania.
Zarzuciłem szybko płaszcz i zwróciłem się w kierunku lady, za która stał jakiś widocznie znudzony pracownik lokalu. Wyjąłem portfel, kiedy podszedł do mnie Tord.

- Co ty robisz? - zapytał - Poczekaj, też płacę.

- Daj spokój - odezwałem się, widząc, jak grzebie w kieszeniach kurtki szukając portfela - Ja zapłacę, kiedyś mi oddasz, czy coś.

- Oj weź - chłopak jeszcze próbował mnie przekonać.

- Nie, serio. Kiedyś się jakoś dogadamy.

  Podszedłem bliżej blatu i wyjąłem kilka banknotów. Chłopak za kasą wydał mi resztę, a my skierowaliśmy się prędko do wyjścia.

- Dzięki za dzisiaj. Dawno nie czułem się tak swobodnie. - powiedział Tord stając przede mną.

- Nie ma sprawy. Bawiłem się świetnie. - odpowiedziałem, uśmiechając się lekko - Muszę iść.

- Do jutra - pożegnał się chłopak

- Do jutra, hej - rzuciłem i pobiegłem na przystanek.

Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top