Rozdział XLII

Wyciągnął mnie siłą z celi. Nie czułem nóg, nie mogłem nimi ruszyć, miałem wrażenie, że mi odpadają za każdym razem kiedy próbowałem poruszać palcami u stóp. Ciągnął mnie po kamieniach, a ja byłem tak zaślepiony tylko jednym - "zamordować".
Ale sam nie mogłem tego osiągnąć. Potrzebna mi wszelka pomoc.
- Dlaczego chcesz... serum? - zadałem głupie pytanie.
- Bo długowieczności jest drogą do wszystkiego. Dzięki niej... zwyciężę każdą wojnę, bunt, wszystko! - potem szarpnął mną mocniej, a ja jęknąłem przeciągle. Byłem zbyt oszołomiony, słaby...

Kap kap kap kap kap...
Tak spada deszcz.
Kap kap kap kap kap kap...
Tych kropel rano nie będzie. Znikną. Wszyscy o nich zapomną. To po jaką cholerę spadają na ziemię? Chyba znam odpowiedź.
- Bo w chmurach już nie wytrzymują. - mówię na głos. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że mówię sam do siebie. Dyrektor prowadził vana i zamknął przesłonkę między tyłem, a kierowcą. Zostałem sam. Więziony jak pies, by pozabijać cały rząd. Tak. Tylko po to.
Morduj, morduj, morduj...
A ja chcę zamordować tyko jedną osobę.
Uśmiechnąłem się pod nosem, po raz pierwszy od momentu powrotu do Szkoły.
Moją jedyną nadzieją było hasło. Hasłem wszystkich uczniów Szkoły do wybudzenia z transu, jest "Szkoła Morderców". Wszystkich, z jednym wyjątkiem.
Tyr używa innego hasła i nikt o tym nie wie, prócz Eartha, jak nam to zdążył zaprezentować kiedy nas porwał. A Earth, chyba nie zdradziłby tego dyrektorowi?

[Perspektywa Tyra Morela]

- ...długowieczność jest drogą do wszystkiego. Dzięki niej... zwyciężę każdą wojnę, bunt, wszystko! - Następnie usłyszałem jęknięcie i szuranie. Potem już tylko kroki na schodach i dźwięk zamykających się drzwi.
Potarłem oko, które ledwie widziało w słabym świetle. Gdzie byłem? Pamiętałem tylko, że siedziałem u dyrektora, miał mi powiedzieć coś ważnego... potem oberwałem znienacka czymś ciężkim... kiedy tu się obudziłem oni... byli tacy przerażeni. Próbowałem się czegoś od nich dowiedzieć, ale byli zbyt oszołomieni by mi cokolwiek wytłumaczyć. Zapadliśmy więc w trans, tak jak przewidywały procedury. Procedury jednak nie wspomniały o zagrożeniu ze strony dyrektora.
Wstałem i podszedłem do krat. Ciemny loch, kamienna podłoga, kraty... przypomina mi się średniowiecze. Zmarszczyłem brwi widząc rdzę na kratach. Mogłem tylko zgadywać, ale czułem, że Szkoła jest znacznie starsza niż by się zdawało.
Rozejrzałem się. W celi obok leżeli Zector i Artmate, a naprzeciw znajdowali się Dean i Zara i... ktoś jeszcze bardziej z tyłu... wszyscy w transie.
Spróbowałem wyważyć kraty, ale byłem za słaby, a mimo rdzy zawiasy jeszcze trzymały. Wściekły kopnąłem kraty. Hell został zabrany przez dyrektora z niewiadomych przyczyn, a ja... co mogę zrobić?
Zastanowiłem się chwilę.
O innym haśle którego używam zapadając w trans wiedziały nieliczne osoby. Earth, i moi przyjaciele, którzy zostali porwani wraz ze mną przez Zamaskowanego. Hell musiał wiedzieć, że dyrektor nie ma o moim haśle pojęcia. Nie bez powodu padło słowo "długowieczność".
On potrzebuje pomocy.
- Szkoła Morderców! - krzyknąłem i patrzyłem na reakcję innych. Najszybciej poderwała się Zara.
- Co się stało, słyszałam krzyki i jęki, ale hasło...
- Uspokój się - warkną Zector który wstawał z wolna. Już miał upaść, gdy złapał go brat. Podszedłem bliżej ich celi.
- Nic ci nie jest Zectorze?
- Oprócz ogólnej chęci zamordowania tego marionetkarza dyrektora, to nie - odpowiedział sucho, a obaj bliźniacy podeszli do krat. Zara w tym czasie pomogła wstać Deanowi, a z tyłu poruszyła się tajemnicza sylwetka, którą okazała się...
- Mia?! - krzyknąłem zaskoczony, a kobieta obdarowała mnie zimnym uśmiechem.
- Jak się masz Tyr...?
- Kiedy indziej pogadacie - przerwał nam Dean. Spojrzałem poważnie na wszystkich tu zgromadzonych.
- Dyrektor zabrał Hella - zacząłem. - Sądzę, że potrzebuje naszej pomocy...
- Od początku był szpiegiem dyrektora - wtrącił Artmate. - Nie wiem jak wy, ale ja mam do niego wątpliwe zaufanie. - Otworzyłem szerzej oko. Artmate komuś nie ufa...?
- Podbijam. Problemy z Eathem zaczęły się od przybycia Hella do Szkoły. Choć nie tylko Hell jest szpiegiem... - Zector posłał swoje mordercze spojrzenie w stronę Zary. Dziewczyna skuliła się w sobie.
- Niczego nie wiedziałam... I... Nie wiem gdzie jest Sky... - jąkała się.
Co mnie ominęło?! Artmate nie ufa Hellowi, Zector nienawidzi Zary, a Zara zachowuje się jak skrzywdzone normalne dziecko i papla o jakiejś Sky. No i jeszcze powróciła Mia Aliquid do życia. Już nie wiem co myśleć.
- Dlaczego ty się obudziłeś? - zapytał nagle Dean spoglądając na mnie przez kraty. Wyglądał źle. Oczy podkrążone, zapadnięte policzki, wychudzony... Wszyscy nie jedliśmy od dłuższego czasu - między innymi temu miał zapobiec trans, ale... wyglądał fatalnie.
- Tylko Wy i Earth wiecie o moim haśle. Myślę że Hell umyślnie użył właśnie jego, by mnie potajemnie obudzić...
- I? - przerwał mi kolorowy. Nigdy nie widziałem go w takim stanie.
- I co z tego że Cię obudził?! Mamy to teraz szukać, ratować?! - pytał wściekły. - Słyszeliście co powiedział dyrektor...
- I Ty chcesz mu wierzyć?! - tym razem to Mia podniosła głos. Przez chwilę wszyscy jakby rozważali słowa kobiety. Usłyszałem westchnienie ze strony Deana.
- Nie wiadomo komu możemy ufać. Tego właśnie chciał dyrektor - zauważył brunet. Skinąłem w milczeniu głową.
Miał rację. Dyrektor chciał nas podzielić między sobą. Jaki ja byłem głupi, skoro umknęło to mojej uwadze. Przedwieczny, który miał pilnować sekretu Szkoły przed wrogami, nie widział wroga przed własnym nosem. Jak mogłem do tego dopuść...?
- Musimy pomóc Hellowi - powiedziałem jeszcze raz. - A jeśli nie pomóc Hellowi, to przynajmniej udaremnić plany dyrektora - orzekłem stanowczo.
Spotkałem się z milczącym zaakceptowaniem moich słów.
- Jak się wydostaniemy? - odezwała się po raz pierwszy Zara.
- Mam wsuwkę do włosów, ale nie wiem jak jej...
- Podaj mi to emerytko - mruknął Dean wyciągając rękę do Mii. Kobieta obnażyła zęby.
- Pieprz się małolacie - odwarknęła wyciągając ze swoich włosów małą czarną wsuwkę.
- Ależ Ty dajesz przykład dzieciom. Jak Ty wychowałaś Hella? - odparł sarkastycznie Dean.
Uśmiechnąłem się leciutko. Rozluźnienie atmosfery w tak poważnej sytuacji nie było złym pomysłem, choć teraz potrzebne było skupienie i...
- Uspokójcie się... - mruknął Artmate. - I powiedzcie mi gdzie jest Sky? Co z resztą uczniów? Mała Julie, Azrael, Septimus...? - zapytał cicho. Atmosfera znów zrobiła się ciężka. Kolorowy poruszył ważny temat, ale teraz...
- Nie martwym się tym w tej chwili - zaproponowałem spokojnie. Usłyszałem prychnięcie.
- "Nie martwmy się"?! Ich życie powinno być najważniejsze, a nie życie zdrajcy!
- Nie masz prawa nazywać Hella zdrajcą!!! - ryknął Dean, a kraty otworzyły się gwałtownie uderzając w ścianę z rozmachem. Zara, Mia i Dean byli wolni.
- A teraz ustalimy zasady - powiedział groźnie. Zmarszczyłem brwi nie bardzo rozumiejąc o co chodzi Deanowi. Nie wiedziałem, albo nie chciałem wiedzieć.
- Dean...? - Zector spojrzał na bruneta zaniepokojony. Trzymał kurczowo kraty.
- Musimy się podzielić na dwa zespoły - oświadczył. - Tyr, Artmate, Zector i Zara zostajecie z uczniami w Szkole. Musicie odnaleźć Sky i przeszukać gabinet dyrektora pod kątem jakichś wskazówek jego planów. Ja i Mia jedziemy ratować Halla...
- Oszalałeś bardziej niż ustawa przewiduje! - wydarł się kolorowy. - Mordercy nie popełniają samobójstw!
- Jestem równie chory co ty, ale ja mam zamiar moje umiejętności wykorzystać i uratować przyjaciela..
- Zdrajcę...
- Osobę, którą obiecałeś chronić! - przypomniał Dean. Miałem wrażenie, że w tym słabym świetle Artmate zbladł. Dosłownie. Kolory jego włosów, twarzy, dosłownie przyblakły.
- Skoro ty nie umiesz dokańczać spraw, to ja to muszę zrobić... - rzucił wsuwkę do włosów Zarze. - Otwórz ich cele za godzinę i nie słuchaj ich krzyków czy gróźb, jasne? - wydał kolejny rozkaz. Ciemnowłosa pośpiesznie pokiwała głową przyciskając klucze do piersi. Bała się. To nie było żałosne - to było straszne. Cała jej osoba emanowała przerażeniem. Co gorsza - bała się nas.
- Dean... - zacząłem. - W dwie osoby chcesz zaatakować dyrektora, trzymającego się przy życiu już jakiś czas? Osobę, która kierowała biegiem naszego życia przez ostatnie miesiące?
- Dla niego nasza historia kończy się już tutaj. Ja nie mam zamiaru kończyć, a już na pewno nie w taki sposób - powiedział twardo.
Poczułem jak wierzy w te słowa. Przez swoje długie życie poznałem wiele osób - ponad połowę psychopatów, albo osoby nie spełni umysłu. Ale już dawno nie widziałem takiej pewności w czyichś oczach, gestach, nawet posturze. Dean wiedział, że mu się uda.
- Rozumiem...
- Chcesz się na to zgodzić?! - zaczął znów Artmate, ale coś go uciszyło. Dokładniej ktoś.
- Milcz Arti. Jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, po prostu zamilknij - chłód w głosie Zectora zdawał się obniżać temperaturę w lochach o jeszcze kilka stopni.
Zapadała surowa cisza. Choć trwała tylko chwilę wiedziałem już co się stanie. Takie plusy bycia długowiecznym.
- Idźcie już, uda wam się ich dogonić, jeśli znajdziecie jakieś auto - stwierdziłem cofając się w głąb celi i siadając na drewnianej desce, imitującej łóżko. Ze strony Zectora i Zary usłyszałem dodatkowo jakieś "powodzenia", a potem suche "Wzajemnie. Żegnajcie" jako odpowiedź. Później już tylko dźwięk butów wspinających się w biegu po stromych kamiennych schodach.
Godzina...
Zara trzęsła się jak źdźbło trawy na wietrze, choć widziałem w jej oczach, że próbuje być silna. Na marne.
- Zimno ci... - stwierdziłem fakt. - Wejdź do mojej celi to się ogrzejemy - zaproponowałem bez emocji. Miałem wrażenie, że dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Za to zbliżyła się do moich krat.
- Jak otworzę celę, ty uciekniesz...? - zapytała. Zaśmiałem się, śmiechem pozbawionym rozbawienia.
- Nie. Nie mam po co. Możesz spokojnie wejść i nas zamknąć, dla bezpieczeństwa - zaproponowałem. Zara jednak nadal miała opory. Wzruszyłem wymownie ramionami i otuliłem się rękoma. Było naprawdę zimno.
Z pół snu wyrwał mnie zgrzyt w zamku i skrzypienie otwieranych krat. Potem wszystkie te odgłosy powtórzyły się a w mojej celi stała drobna, ciemnowłosa Zara.
Przewodnicząca Najwyższego Samorządu Szkoły Morderców. Mój ochroniarz. A co najciekawsze - normalny człowiek, wychowany w masce.
- Jest naprawdę zimno... - powiedziała, jakby czytając mi w myślach. Podeszła do mnie i usiadła obok mnie na drewnianym łóżku.
Przysunąłem się i okryłem ją swoim ramieniem, sprawiając, że była bardzo blisko mnie. Dziewczyna wtuliła się w moją pierś jak małe dziecko, które potrzebuje miłości.
W ciszy, nie odstępującej nas na krok, tym razem dało się wyczuć coś innego. Co jakiś czas przerywana chrapaniem bliźniaków, którzy najwidoczniej oddali się transowi, albo kapaniem wody z sufitu. I oddech Zary. Równomierny, czasami trochę płytki.
- Dlaczego masz tyle blizn? - spytała cicho. Zdumiałem się wielce jej pytaniem. Nikt nigdy nie pytał o moje bliny i o ich pochodzenie. Dla wszystkich dookoła po prostu... były.
- Ja... Już prawie nie pamiętam... - wyznałem cicho. Dziewczyna lekko drgnęła w moich ramionach.
- Nie pamiętasz?
- Z wiekiem nie da się wszystkiego pamiętać... Czasami muszę sobie przypominać dlaczego straciłem oko, dlaczego tu jestem... Nie pamiętam już niektórych faktów...
- To straszne - szepnęła, na co wzruszyłem tylko ramionami. - A pamiętasz swoje miłości?
- Miłości?
- Ukochane osoby - sprostowała. Jeśli wcześniej byłem zaskoczony pytaniem, to teraz byłem nim lekko wstrząśnięty.
- Nie wiem... Chyba nie... - szepnąłem z mimowolną przykrością. Takie rzeczy chyba powinienem pamiętać? Czułem, że powinienem...
Zara podniosła na mnie wzrok i długo wpatrywała się w moje oko. Ujęła nagle moją twarz i ciągnąc mnie w do dołu złączyła nasze usta.
Pocałunek nie był ani długi, ani namiętny, nawet nie był specjalnie "umiejętny".
Ale był piękny.
W tych ciemnych lochach, gdzie woda kapała, a oddech zamarzał w gardle, poczułem ciepło ust Zary na swoich.
Było to jednocześnie piękne i przerażające.

[Perspektywa Mii Aliquid]

Całe szczęście, mój wóz stał tam gdzie go zostawiliśmy. Kluczyki zostały zniszczone, więc musiałam odpalić auto ręcznie - i nie mam zamiaru powiedzieć jak. Kiedy usiadłam za kierownicą spojrzałam w milczeniu na nastolatka. Pięści miał zaciśnięta tak mocno, że aż kostki zaczęły mu bieleć.
- Dean...
- Gdzie jedziemy? - zapytał wprost. Zacisnęłam usta.
- Nie mam zielonego pojęcia co dyrektor mógł zrobić z moim synem... - zamyśliłam się.
Czego mógł chcieć ten gad, Xan? Wiem, że Hell jest specjalny... Chip, serum w głowie, poprawiony pod względem fizycznym, ale...
No dobra, to aż za dużo by się nim interesować.
- Wiesz co Dean... - zaczęłam na głos, choć urwałam i sięgnęłam do schowka auta. Wyciągnęłam stamtąd niewielkiego tableta, choć nie takiego zwyczajnego.
- Czy to jest...
- ... Lokalizator oraz zakłócacz fal i sygnałów? Owszem. Powinien go mieć każdy szanujący się socjopata. Kierowanie ludźmi jak swoimi marionetkami, to świetna zabawa, a śledzenie i podsłuchiwanie ich rozmów, to chyba najlepsza część!
- Dyrektor byłby dumny... - mrukną nie specjalnie szczęśliwy. Przewróciłam oczami.
- Może i ma Halla. Ale warto zaznaczyć, że to on mnie wszystkiego nauczył. Jest geniuszem. Psycholem, socjopatą sadystą, masochistą, ale geniuszem.
- Trochę to niepokojące skoro wszystkiego cię nauczył. Może wie, że wykorzystasz te zdolności przeciw niemu?
- Nie sądzę. W lochach słusznie zauważyłeś, że dla niego my już nie istniejemy. Jeśli przypuścimy atak na tyle szybko by Xan się nie zorientował, mamy duże szanse powodzenia - przyznałam szczerze.
Wystukałam na ekranie liczby odblokowujące urządzenie i tylko czekałam. Po włączeniu znów musiałam wpisać hasło. A potem jeszcze trzecie.
- Tyle zabezpieczeń...? - spytał z powątpiewaniem Dean. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Kiedyś Hell się do tego dorwał i udało mu się złamać hasło. Wcisnęłam mu jakiś kit o tym, że to taka gra...
- Uwierzył?
- Nie sądzę. Ale przynajmniej nie drążył - wzruszyłam ramionami. Wpisałam ostatnie, piąte hasło i naszym oczom ukazała się idealnie odwzorowana mapa okolicy z zaznaczonym punktem miejsce, gdzie byliśmy my oraz kilka mniejszych lub większych kropek.
- Te czerwone kropki to wszystkie urządzenia, które wysyłają jakiekolwiek sygnały...
- Trochę tu ich dużo, nie sądzę byśmy znaleźli wśród nich kropkę Hella - zauważył z powątpiewaniem chłopak, na co westchnęłam ciężko. Dzisiejsza młodzież...
- Gdybyś był odrobinę cierpliwszy...
- Mniejsza, namierzaj po prostu Hella - machnął ręką i oparł się o szybę.
No ja nie mogę. Wydawało mi się zawsze, że kaci i twórcy trucizn, tak jak snajperzy są spokojniejsi i cierpliwsi...
No dobra rozmawiamy o mordercach i psycholach...
Zmieniłam parametry wyszukiwania sygnału. Założyłam, że sygnał z chipu dyrektora i Hella będą działały na dość małej częstotliwości i nie pomyliłam się za wiele. Dwie, bardzo małe kropeczki poruszały się autostradą w stronę...
- Jasna cholera... - szepnęłam odkładając urządzenie i jak najszybciej odpalając silnik.
- Co znowu?
- Jadą do stolicy - rzuciłam. - Dyrektor chce wymordować za pomocą Hella cały rząd...
- Przecież on się nie zgodzi! Nie jest całkowicie bezwzględny, a na pewno nie posłuszny - zauważył, zresztą słusznie. Pokiwałam jednak głową, odpuszczając hamulec ręczny.
- Dyrektor i Hell mają w głowie chip nadaje na takiej samej częstotliwości, ale Xan bieglej nim się posługuje. Rozkaże Hellowi rozpocząć rzeź, a on nic na to nie poradzi... - wyjaśniłam zaniepokojona. - Pisz szybko do reszty. Jest źle, ale jeszcze można wszystko naprawić - powiedziałam. Wzięła głęboki oddech i wcisnęłam pedał gazu.
Cel: Stolica.

[Perspektywa Zectora Richardsona]

Żad­na wiel­ka miłość nie umiera do końca. Możemy strze­lać do niej z pistoletu lub za­mykać w najciemniejszych za­kamar­kach naszych serc, ale ona jest cholera spryt­niej­sza – wie, jak przeżyć, skubana jedna.
Nie mówię, że się zakochałem w Zarze Xanthopoulos. Jednak kiedy opadają maski, trzeba przed samym sobą przyznać pera rzeczy. A moje podejrzane uczycie do córki dyrektora było jedną z tych rzeczy.
W całym swoim życiu przepełnionym krwią i troską o brata, nie musiałem się przejmować niczym, ani nikim innym. Jednak, kiedy dowiedziałem się, że Zara jest normalna...
Cały mój byt chciał ją ochraniać, pilnować, tak jak kiedyś brata. Może uważałem ją za taką małą, niepełnosprawną siostrzyczkę?
Choć moment, w którym zobaczyłem swoją "małą, niepełnosprawną siostrzyczkę", kiedy wraz z Tyrem usiłowali pożreć swoje usta nawzajem...
Rzygać mi się chciało.
Mało powiedziane.
Porzygałem się.
- Zector...? - zapytał mój brat niepewnie, kiedy ocierałem rękawem brudną twarz.
- Już lepiej... to ze zmęczenia, no wiesz - wyjaśniłem, choć doskonale wiedziałem, że nie ma to najmniejszego sensu.
Artmte był chyba za bardzo poruszony całą sprawą z Hellem i zamknięciem w celi przez Deana by mnie przepytywać.
- Chodźmy na górę - zadecydowałem w końcu i starałem się nawet nie patrzeć na Zare i Tyra trzymających się za ręce. Może było trzeba im dać więcej prywatności? Choć boję się do czego by tu doszło gdybym się nie wybudził ze snu. Tak, to był sen, a nie trans. Przykro mi gołąbeczki. Słyszałem waszą cukrową gadkę. Przysięgam, musiałem być bardzo zmęczony jeśli mimo tego zasnąłem.
Zacząłem się wdrapywać po schodach tuż za bratem. Zauważyłem wtedy w jego zachowaniu coś niepokojącego.
Drżały mu dłonie. Bynajmniej nie z zimna.
Wyrównałem z nim kroku, a skoro gołąbeczki i tak były sporo za nami.
- Arty?
- Co?
- Ogarn. - powiedziałem zimnym i ochrypłym głosem. - Zachowujesz się jak dziki, o co chodzi...?
- To ty przed chwilą rzygałeś...
- Artmate - warknąłem. - O co ci chodzi z Hellem? - przeszedłem do sedna. Kręcenie się w około tego tematu nie pomoże mojemu bratu tak bardzo, jak pytanie wprost.
Moje lustrzane odbicie milczało. Wiedziałem, że musi to przetrawić, ale... Zdążyliśmy wyjść z lochów i dostać się na korytarze Szkoły nim się odezwał:
- Boję się, że nas zdradził... - wyjaśnił szeptem. Uniosłem brew i aż cisnęło mi się na usta "no co ty?". W samych lochach powiedział to chyba z 4 razy. Choć teraz w jego głosie... dało się wyczuć szczerą powagę.
- Wydaje ci się - odparłem po prostu. - Gdyby Hell był zdrajcą, zabiłby nas po prostu. Widziałeś jak walczył w Dzień Ustawy? Zamordowałby nas i wiesz o tym - przyznałem sucho. - Wszyscy byliśmy marionetkami w przedstawieniu dyrektora, a teraz jeszcze Hell jest z nim sam nie wiadomo gdzie - wymieniłem. Artmate pokiwał z wolna głową.
- Tak, masz rację... - przyznał cicho, a ja chciałem jeszcze coś dodać, ale na korytarz weszły w końcu nasze gołąbeczki. Odebrało mi to jakiekolwiek chęci rozmowy.
- Dobra, musimy się podzielić... - zauważył szeptem Tyr. - Ja z Artim przeszukamy gabinet dyrektora, a wy znajdźcie pozostałych uczniów...
- W sensie ja z Zarą...? - upewniłem się. - Powaliło cię do reszty kochasiu?
- Nie. Skup się Zector - warknął. Trochę mnie to oburzyło. Po za tym spodziewałem się jakiegoś poparcia ze strony Zary, a ona... magicznie umilkła.
Punkt dla Tyra.
Skinęliśmy głowami i rozeszliśmy się w przeciwne strony korytarza.
Nie przeszliśmy 10 metrów w ciszy, jak usłyszałem denerwujący szczebiot Zary.
- Tyr powiedział, że nie powinnam się na ciebie wściekać. Nie jesteś normalny...
- Coś ty? Poczekaj, a wasz związek to nie przypadkiem paskudny przypadek pedofilii? - warknąłem oschle. Dziewczyna momentalnie zamilkła, choć znów nie na długo.
- To nie jest związek...
- No nie wiem, przyssaliście się do siebie jak sumy do szyby. Zresztą nie mam ochoty tego wspominać, bo znów się zrzygam - syknąłem. Zaczęliśmy się zbliżać do głównej sali wykładowej więc gestem nakazałem Zarze milczenie.
Kucnąłem tak, by przez przeszklone szyby nie było mnie widać - jakby się okazało, że ktoś tam jednak jest.
Zbliżyłem się do drzwi.
Wbiłem tam, bez broni, bez planu, ale z wielką ochotą na zamordowanie kogoś.
- O, Zector, spóźniony. Jak już łaskawie przyjdziesz na lekcje, to o dobrej godzinie, dobrze? - poprosił Honest.
Co...?
Rozejrzałem się.
Wszyscy siedzieli na swoich miejscach, jak gdyby nigdy nic. Pan Honest prowadził lekcje...
A ja stałem oszołomiony...















#Też stanęłam oszołomiona. Z dnia na dzień nowy tysiąc odsłon, kolejne gwiazdki, followersy... Ludziki, nie wiem co powiedzieć...

Dziękuję!

Widzimy się w kolejnym rozdziale...

#Capricornuss

Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top