część 1

          Veronika ocknęła się w lesie. Nieopodal paliło się ognisko. Znów otaczała ją szarość. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to świt. Powoli przypominała sobie minione zdarzenia. Czuła silny ból, rozchodzący się niemal po całym jej ciele.

          – Nareszcie – powiedział z ulgą mężczyzna o blond włosach, delikatnie przecierając jej czoło wilgotnym materiałem.

          Rozpoznała jego głos. To on prosił, by nie odchodziła. Uświadomiła sobie, że nie była już skrępowana. Leżała na jakimś posłaniu przykryta kocem. Głowę miała nieco uniesioną, opartą na czymś miękkim.

          – Wiesz, gdzie jesteś? – zapytał łagodnie.

          Powoli skinęła głową i dopiero wtedy skojarzyła, że to głos mężczyzny, który ją porwał. Wyglądał jednak nieco inaczej. W jego oczach nie było już tej ostrości. Jej miejsce zajęła radość i troska.

          – Od momentu, kiedy zostałaś ranna, minęły cztery dni. Na wszelki wypadek zmieniliśmy miejsce pobytu. Czarodziej uciekł, ale zraniłaś go – mówił niezbyt głośno.

          Pokręciła lekko głową i popatrzyła na siebie. Wiedziała, że jej kłopoty tak szybko się nie skończą.

          – Może już by nie żył, gdyby ktoś wcześniej rozwiązał mi ręce – wyszeptała.

          Chciała odsunąć koc, by sprawdzić w jakim jest stanie, ale podniesienie ręki sprawiło jej taki ból, że tego zaniechała.

          – Nie ruszaj się. Porządnie oberwałaś.

          – To już wiem... – mruknęła.

          – Powinnaś coś zjeść – powiedział po chwili milczenia, po czym wstał i odszedł.

          Śledziła go wzrokiem. Udał się do drugiego ogniska, wokół którego spali ludzie. W odległości kilkunastu kroków przechadzał się wartownik. Rozglądał się po okolicy.


          Porywacz wkrótce wrócił z talerzem i usiadł obok niej.

          – Nie powinnaś się ruszać. – Nabrał porcję na łyżkę. – Zjedz, póki ciepłe.

          Z wysiłkiem lekko uniosła rękę, co wywołało grymas bólu na jej twarzy.

          – Mówiłem, żebyś się nie ruszała – powtórzył z naciskiem. – Pomogę ci.

          Karmił ją, a ona myślała o tym, jak bardzo jest bezbronna. Do tego krępowało ją jego spojrzenie. Miała wrażenie, że nie odrywał od niej wzroku.

          – Możesz się tak na mnie nie patrzeć? – zapytała. – Chyba niczego więcej nie przełknę, jeśli nie przestaniesz.

          – Przepraszam. Po prostu cieszę się, że wróciłaś.

          – A po co wróciłam? – Uważnie mu się przyglądała.

          – Słucham?

          – Po co wróciłam? – powtórzyła.

          – Jak to? – Najwyraźniej nie rozumiał, o co jej chodziło.

          – Pytam, co teraz?

          – Nad tym się nie zastanawiałem... Jeśli chodzi ci o to, czy zrobimy ci krzywdę, to nie musisz się obawiać – zapewnił ją.

          – Mam uzasadnione podstawy do takich obaw.

          – Mówię, że nie musisz się obawiać... – zamilkł i odetchnął. – Przez jakiś czas nie będziesz mogła się ruszać, ale zaopiekujemy się tobą. Jak odzyskasz siły na tyle, że będziesz mogła podróżować, odwieziemy cię do najbliższego miasta... Stamtąd będziesz mogła pojechać, dokąd zechcesz.

          – Skoro ten zdrajca uciekał, pewnie zostawił rzeczy. Są tutaj? – zapytała.

          Mężczyzna potwierdził to skinieniem głowy.

          – To ważne, żeby ich nie zabrał – zaznaczyła.

          – Czy w jego bagażu jest coś, co szczególnie cię interesuje?

          – Nie wiem, co tam jest, ale być może coś dla mnie ważnego – przyznała.

          – Czego od ciebie chciał? – zainteresował się.

          – Chciał, żebym mu powiedziała, gdzie jest sztylet, którym zabił mojego mistrza.

          – Tu go chyba nie ma. Chyba, że to ten, który ukryłaś w bucie. – Uśmiechnął się.

          – To nie ten.

          – Już go tam nie ma, ale na razie nie jest ci potrzebny... Musieliśmy cię rozebrać, ale gwarantuję ci, że nikt nie naruszył twojej godności. – Spojrzał gdzieś w bok.

          – Jestem niezmiernie wdzięczna.

          Znów zaczął ją karmić. Choć paćka, którą jej podawał, wyjątkowo jej nie smakowała, jadła, bo wiedziała, że tylko dzięki temu wróci do zdrowia.

          Mężczyzna spoglądał na nią, ale najwyraźniej przypominał sobie jej prośbę i co chwilę odwracał wzrok.

          – Wygląda na to, że popełniliśmy błąd – powiedział po chwili.

          – O czym mówisz? – zapytała, po tym jak przełknęła kolejną porcję.

          – O porwaniu.

          – Owszem – przyznała.

          – Trzeba będzie to jakoś rozwiązać... Złoto nie przywróci życia temu krasnoludowi, ale... – urwał.

          Przypomniała sobie zdarzenia z zajazdu i zacisnęła powieki.

          – To jedyne, czym możemy spłacić ten dług – ciągnął – oprócz naszych mieczy oczywiście.

          – Gdzieś mam twoje złoto. – Z trudem mogła mówić. Miała wrażenie, jakby ktoś zacisnął ręce na jej szyi.

          – Domyślałem się, że tak odpowiesz... W takim wypadku poza naszymi mieczami nie mogę ci wiele więcej zaoferować.

          Odwróciła od niego głowę. Nie chciała go widzieć.

          – Może później o tym porozmawiamy. Zjedz jeszcze. – Podsunął jej łyżkę do ust, ale nawet nie drgnęła. – Musisz, jeśli chcesz szybko odzyskać siły.

          Spojrzała na niego i zaczęła jeść. Obiecała sobie, że zabije go, jak tylko będzie mogła. Chciała, żeby to nastąpiło jak najszybciej.

          Gdy skończyła, otarł jej usta chusteczką.

          – Teraz, jeśli chcesz, możesz spać – powiedział łagodnie.

          – Dziękuję – odparła z ironią w głosie.

          – Nie to miałem na myśli...


          Nie rozmawiali już ze sobą, a on nie ruszył się z miejsca. Po jakimś czasie odwróciła głowę, by sprawdzić co robił. Chyba cały czas na nią patrzył.

          Zamknęła oczy.

          – Obudzę cię w południe – usłyszała jego głos.


Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top