część 49

          – Nie widziałaś Helmuta? – zaczepił ją Filip, gdy opuszczała zajazd.

          – Nie – zaprzeczyła, przystając.

          – Chyba trzeba się będzie rozejrzeć – powiedział zmartwiony.

          – A kiedy on wyszedł? – zapytała Veronika.

          – Zaraz po tobie.

          – Sam?

          – Tak – potwierdził. – Umówiliśmy się, że zmieni mnie na warcie, ale się nie zjawił.

          – Nie mówił, dokąd się wybiera?

          – Nie – pokręcił głową – nie mówił.

          – Szkoda czasu na gadanie – stwierdził Ulrych, wstając od stołu. – Chodźmy go poszukać. Pewnie znalazł sobie jakąś miłą knajpę gdzieś w okolicy i przesadził.


          Veronika udała się do dzielnicy kupieckiej. Spacerowała między straganami i zaglądała do sklepów. Świadomość, że niczego nie potrzebowała, uchroniła ją przed kupnem wielu zbędnych rzeczy, które były ogromnie zachwalane przez sprzedawców. Przy okazji rozglądała się za Helmutem, choć wątpiła, że mogłaby się na niego natknąć po drodze.


          W końcu skierowała się do głównej siedziby gildii złodziei mieszczącej się, jak to zwykle bywa, w nieciekawej dzielnicy. Niedoinformowani sądzili, że budynek, w którym rezydowali jej znajomi, jest opuszczony. Z zewnątrz sprawiał wrażenie zrujnowanego, w środku natomiast był całkiem przyzwoity.

          Przy starym, drewnianym płocie siedział odpychający, śmierdzący żebrak. Wyciągnął brudną miskę w stronę Veroniki, gdy ta zbliżyła się do furtki.

          – Dla Ranalda – wybełkotał.

          Wrzuciła monetę do naczynia, bo wiedziała, że jest to strażnik. Poznała go, mimo że co jakiś czas zmieniał swój wizerunek. Pamiętała go jeszcze z czasów, gdy pracowała w Averheim.


          Nie zatrzymywana przez nikogo, weszła do środka. Na wprost drzwi ustawione było biurko, przy którym siedział szczupły mężczyzna w średnim wieku. Zajmował się przeliczaniem haraczy i łupów. Niedaleko stał oparty o ścianę jakiś oprych.

          Kobieta przywitała się ze skarbnikiem, bo jego miała okazję kiedyś poznać.


          Przed drzwiami do pomieszczenia, gdzie rezydowała Jednooka Angela stało dwóch potężnych ochroniarzy.

          – Czeka na ciebie – powiedział do czarodziejki jeden z nich, po czym zapukał w drzwi, uchylił je i wsadził głowę do środka. – Przyszła Veronika – poinformował szefową.

          – Niech wejdzie – zdecydowała Angela, więc ochroniarz otworzył szerzej.


          Jednooka leżała na szezlongu.

          – Dzień dobry – przywitała się czarodziejka.

          – Napijesz się czegoś? – zaproponowała księżna gildii.

          – Nie, dziękuję.

          – Wybacz, że nie wstaję, ale boli mnie głowa. Usiądź, gdzie ci wygodnie. Tylko tak, żebym cię widziała. – Wskazała zasłonięte oko. – Bądź tak miła i nalej mi wina – poprosiła.

          Veronika spełniła jej prośbę, po czym zajęła odpowiednie miejsce.

          – Co słychać? – zapytała Angela, z zainteresowaniem przyglądając się kobiecie.

          – Jestem w podróży. Jutro ruszam dalej – zaczęła czarodziejka.

          – Jest z tobą Mekel? – W jej głosie słychać było nutę nadziei.

          – Nie – zaprzeczyła Veronika – jestem sama.

          – Co u niego? – ciągnęła kobieta.

          – Ostatnio, gdy się z nim widziałam, wszystko było w porządku – skłamała. Nie zamierzała wtajemniczać znajomej w sprawę śmierci swojego mistrza.

          – Sporo czasu z nim spędziłaś... – Podniosła się nieco i wbiła wzrok w rozmówczynię. – Spałaś z nim?

          To pytanie nieco zaskoczyło czarodziejkę. Świadczyło o tym, że znajomość Jednookiej i maga była bardziej zażyła, niż jej się wydawało.

          – Nie. Skąd ten pomysł?

          – Nieważne... – Machnęła ręką. – To chyba oczywiste, że by chciał. Jesteś niczego sobie i masz oboje oczu.

          – Nigdy nie wykazywał takiego zainteresowania – zapewniła ją Veronika.

          – A co poza tym? – Angela zmieniła temat. – Dokąd jedziesz? Chyba że to tajemnica. Nie szpieguję. Pytam, bo o czymś trzeba rozmawiać.

          – Do Sylvanii.

          – Z nim też... – urwała, gdy dotarł do niej sens odpowiedzi. – Gdzie? Odbiło ci? Wiesz, czym jest Sylvania?

          – Tak, wiem. – Czarodziejka ukryła rozbawienie tą reakcją. – Paskudne miejsce.

          – Musisz mieć poważny powód – domyśliła się Jednooka.

          – Owszem, mam...

          Obie zamilkły na chwilę.

          – No tak, minęło sporo czasu – Angela przerwała ciszę.

          – Zgadza się, ale niezmiernie miło wspominam lata spędzone tutaj. Przyznam, że jak minęłam bramę, poczułam się, jakbym była w domu.

          – Chwileczkę, jesteś tu sama, bez Mekela. Czy to znaczy, że przeszłaś pierwszy etap nauki?

          – Tak – potwierdziła Veronika.

          – Świetnie. – Księżna ucieszyła się szczerze. – Co u niego? Pytam o narzeczonego. Nic mu nie jest?

          – Nie, w zasadzie chyba czuje się dobrze.

          – Często to robicie? O co tak naprawdę chodziło? – dopytywała z lekkim rozbawieniem.

          – Tak naprawdę to po prostu totalnie się wygłupił – przyznała czarodziejka, czując namiastkę wstydu, który towarzyszył jej minionej nocy. – Bywa zazdrosny. Szaleje za mną, a nasz związek chyba przeze mnie jest dość... trudny.

          – Wcale mnie to nie dziwi. – Jednooka posłała rozmówczyni uśmiech. – To musi być naprawdę wyjątkowy mężczyzna, skoro zdecydowałaś się na zaręczyny.

          – Jest – potwierdziła Veronika. – Miałam wielkie szczęście, że go poznałam, ale chyba wszystko dzieje się za szybko i okoliczności nie są sprzyjające.

          – Masz wątpliwości?

          – Nie, nie o to chodzi. Nie wyobrażam sobie przyszłości z kimś innym... – urwała. – To skomplikowane.

          – A czym on się zajmuje na co dzień? – zainteresowała się Angela.

          – Handlem – odparła czarodziejka. – Ma sporą plantację kwiatów niedaleko Nuln.

          – Nie jest to towar eksportowy. Da się z tego wyżyć?

          – Chyba tak, ale ja w to nie wnikam.

          – Zdrowe podejście. – Księżna pokiwała głową. – Plantacja kwiatów... Marzenie każdej kobiety. – Westchnęła. – Mnie ostatnio nikt nie przynosi kwiatów. – Rozejrzała się po pomieszczeniu.

          – Muszę przyznać, że to niezwykle urokliwe miejsce, ale jak na mój gust, jest tam stanowczo za spokojnie. A co tutaj słychać?

          – Rozwijamy się... Trochę polityki, trochę prawa... Myślę, że nie ustępujemy Altdorfowi. Wybacz, nie jesteś jedną z nas, więc nie będę cię wtajemniczać w szczegóły.

          – Nie ma takiej potrzeby – zapewniła ją Veronika.

          – A może masz ochotę przypomnieć sobie stare czasy? Nie mam niczego konkretnego, ale gdybyś chciała, mogłabym cię pokierować, wskazać cel – zaproponowała.

          – Nie, ostatnio się tym nie zajmuję.


          Zanim się rozstały, Jednooka zwróciła kobiecie sakiewkę, którą otrzymała w nocy od Gerta. Przed wyjściem czarodziejka wspomniała jeszcze o zaginięciu Helmuta.

          – Jak on wygląda? – zainteresowała się księżna i wtedy dostała szczegółowy rysopis. – Rozejrzę się – obiecała.



Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top