II. Ruch Oporu


Z zamieszania, które nagle wybuchło na głównym lądowisku w bazie na D'Qar, generał Organa niewiele była w stanie wywnioskować. Jej ludzie śmiali się, wiwatowali – zupełnie, jakby nagle sam Snoke zgłosił się do nich, aby oświadczyć, iż się poddaje. Słyszała wykrzykiwane raz po raz słowa „Kylo Ren" oraz „pojmany", czy może „pojmanie". W panującym wokół hałasie nie umiała ich dokładnie rozróżnić. Nagle przy jej boku znalazła się Rey – nowa uczennica jej brata, która dziewiętnaście lat swego życia spędziła na pustynnej Jakku, nawet nie uświadamiając sobie, jak ogromnym talentem została obdarzona.

— Słyszała pani?! — wykrzyknęła podekscytowana dziewczyna. Jej brązowe oczy lśniły, a ona cała aż promieniała z radości. — Udało się! Mają Kylo Rena!

Organa obrzuciła ją zdumionym spojrzeniem. Ktoś pojmał Kylo Rena? Ktoś pojmał... Jej syna?

— Kto? — spytała szybko, czując, że jej serce mocno przyspiesza swój rytm. — Gdzie?

— To był pomysł Poe Damerona — wyjaśniła Rey. — Razem z Finnem oraz kilkoma innymi ludźmi udał się na Tatooine. Tam dopadli Rena. Właśnie wracają!

Cała krew nagle odpłynęła z twarzy Leii. Pierwszą myślą, która przebiegła przez jej umysł było, kto na Moc autoryzował tak szaleńczą misję?! Bo na pewno nie ona. Będzie musiała poważnie rozmówić się z Dameronem. Ostatnio pozwalał sobie na zbyt wiele. Z drugiej strony jednak, złapanie i osądzenie Kylo Rena, jednego z najgroźniejszych przywódców Najwyższego Porządku, pokazałoby planetom żyjącym pod jarzmem Snoke'a, że nikt nie jest niezwyciężony. Ruch Oporu na pewno zyskałby dzięki temu wielu nowych sojuszników w walce o pokój. Jednak czy ona, jako matka, znalazłaby w sobie dość siły, aby dla pokoju w galaktyce poświęcić życie własnego syna...?

— Nie cieszy się pani? — zdumiała się Rey. — Przecież złapaliśmy Kylo... — Zamilkła nagle, najwyraźniej przypomniawszy sobie, kim dla Leii był Ren – czy raczej Ben Solo. Zaryzykowała i niepewnie położyła dłoń na ramieniu generał. — Niech się pani nie martwi — poprosiła. — Poe dopilnuje, aby Ren dotarł tutaj cały i zdrowy — zapewniła.

Organa niemrawo poklepała dłoń dziewczyny.

— W to nie wątpię — rzekła. — Obawiam się tego, co będzie później...

Rey spojrzała na Leię z ogromnym współczuciem wymalowanym na młodej twarzy. Jeśli rebelianci zobaczą bezbronnego Rena, może dojść do samosądu. Prawdopodobnie nawet obecność w bazie mistrza Jedi nie będzie w stanie ich powstrzymać. Dziewczyna rozumiała strach oraz wątpliwości starszej kobiety. Leia może i była twardą, nieustępliwą przywódczynią Ruchu Oporu, bohaterką Rebelii, lecz była także matką. Dla niej Kylo Ren nie był jedynie potworem, którego należy pozbyć się jak najszybciej, aby już nigdy więcej nie skrzywdził żadnej niewinnej istoty zamieszkującej galaktykę. Dla niej był on także, a może przede wszystkim – Benem – synem, którego przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem; dzieckiem, któremu dała życie. Urodziła go. Patrzyła, jak dorasta. Opiekowała się nim. A Ren w tak podły sposób odwdzięczył się jej za wszystkie lata troski. Postanowił służyć Snoke'owi i zaprzedał swą duszę Ciemnej Stronie Mocy. Co gorsza, pozbawił życia swego własnego ojca. Bezlitośnie wbił ostrze miecza świetlnego prosto w serce Hana. Rey wzdrygnęła się mimowolnie na samo wspomnienie tej przerażającej sceny, której była świadkiem. Zdawało jej się, że rozumie Leię, ale nigdy nie chciałaby znaleźć się na jej miejscu. Bólu, który trawił serce starszej kobiety nic nie było w stanie ukoić...

— Rey! — Dziewczyna nagle usłyszała wołanie Finna. — Generał Organo!

Ciemnoskóry mężczyzna podbiegł do nich. Rey zauważyła, że mocno utykał na lewą nogę. Kawałek dalej, na skraju lądowiska stał niewielki frachtowiec, który Poe zabrał na swą szaleńczą misję.

— Udało nam się! — wołał Finn. — Mamy go!

Ze środka okrętu wyłoniło się kilkoro członków Ruchu Oporu. Jess Pava prowadziła obok siebie młodą dziewczynę zakutą w kajdanki.

— Kto to jest? — spytała Leia.

Były szturmowiec wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Była z Renem, więc ona też może być niebezpieczna.

Organa uniosła do góry prawą brew. Dziewczyna, z twarzą obitą na kwaśne jabłko, nie wyglądała zbyt niebezpiecznie. Raczej dość żałośnie...

— Co to za zamieszanie? — Tuż obok Leii odezwał się niespodziewanie męski, nieco ochrypły, głęboki głos.

Kobieta spojrzała prosto w zmęczone oczy swego brata bliźniaka.

— Złapali go — wyjaśniła krótko.

— Kogo? — zdumiał się Luke.

— Kylo Rena — niechętnie mruknęła Leia.

Mistrz Jedi zamrugał swymi błękitnymi oczami i zmarszczył brwi. Pogładził swą siwą brodę. Wyglądał, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał.

— Kylo Rena? — powtórzył. — To ciekawe...

Rebelianci przybyli z Tatooine w końcu zauważyli Leię i natychmiast skierowali się w jej stronę. Zaraz za nimi wnętrze frachtowca opuścił Poe z triumfalną miną prowadząc obok siebie nieco chwiejącego się Kylo Rena. Oczy Leii rozszerzyły się.

— Ben... — wyszeptała na widok wysokiego młodego mężczyzny o gęstych, falujących czarnych włosach.

Wykonała ruch, jakby pragnęła podbiec ku niemu i, kto wie, może pochwycić go w ramiona, lecz Luke położył dłoń na jej ramieniu. Kobieta czekała więc, aż członkowie Ruchu Oporu przyprowadzą przed jej oblicze dziewczynę oraz Rena. Kiedy to wreszcie nastąpiło, oczy obecnych skierowały się na generał. Poe Dameron w brutalny sposób pchnął Kylo do jej stóp. Młody mężczyzna syknął, opadając na kolana. W następnej sekundzie pilot przyłożył do jego skroni lufę blastera.

— Wystarczy jedno słowo, generał Organo — rzekł. Uśmiechał się przy tym. Jakby był niezwykle dumny i zadowolony z siebie.

— Nie! — wrzasnęła nagle dziewczyna, którą również przywieźli z Tatooine. Szarpała się w uścisku Jess, aż musiał ją przytrzymać także Wexley. — Puśćcie go! Zostawcie nas w spokoju! Nie interesuje nas wasza wojna!

Leia rzuciła jej przelotne spojrzenie spod zmarszczonych brwi, po czym przyklęknęła przy Renie. Nie mogła się już dłużej powstrzymać. Ben, jej malutki synek, nareszcie wrócił do niej...

— Zabierz ten blaster, Dameron! — rozkazała. — Nikt nie będzie nikogo zabijał!

Poe niechętnie uczynił, co mu kazała. Nadal jednak pozostał w pobliżu, gotów w każdej chwili powalić Rena jednym ciosem, gdyby temu choćby przeszło przez myśl zaatakować generał Organę.

Leia delikatnie odsunęła ciemne włosy z twarzy syna. Wbijał wzrok w ziemię. Cuchnął tanim lumem oraz wymiocinami, którymi pobrudzoną miał zieloną koszulę, którą wciągnął na plecy. Oparła dłonie na jego policzkach, delikatnie kierując jego twarz ku sobie. Pokrywała ją zaschnięta krew.

— Och, Ben... — wyszeptała, czule gładząc jego policzek dłonią. — Co się z tobą stało...?

Pragnęła otoczyć go ramionami i przycisnąć jego kochaną głowę do swej piersi, lecz wtem młody mężczyzna podniósł na nią wzrok, a ona zorientowała się, że spogląda w całkowicie obce jej błękitne oczy.

— Zaszła chyba jakaś pomyłka, psze pani — rzekł nieco bełkotliwie. Twarz Leii owionął kwaśny odór jego oddechu. Skrzywiła się mimowolnie. — Nie mam na imię Ben, ani Ren. Jestem Zekk. Przez całą drogę tutaj usiłowaliśmy im to wytłumaczyć... — Wskazał zakutymi w kajdanki dłońmi w kierunku Poe oraz ludzi trzymających jego towarzyszkę. — Ale nie chcieli słuchać...

Organa podniosła się. W osłupieniu wpatrywała się w swego brata. Mężczyzna skinął głową, jakby na potwierdzenie słów Zekka.

— Ten mężczyzna nie jest Kylo Renem — oświadczył.

— Z całym szacunkiem, mistrzu — zaprotestował Poe. — To musi być Ren! Przecież wygląda jak on!

Skywalker zwrócił na niego swe czujne, błękitne oczy.

— Kylo Ren ma po swojej stronie Moc — rzekł ostro. — Czy sądzisz, że ty i kilkoro twoich ludzi mielibyście jakiekolwiek szanse w starciu z nim? Podpowiem ci, pilocie. Nie. Rozniósłby was w proch. — Zbliżył się do mężczyzny, który wyglądał zupełnie jak jego siostrzeniec. Podobieństwo było wręcz uderzające. Taki sam kształt ust, nosa, kolor włosów... Różnili się jedynie kolorem oczu oraz aurą, jaką roztaczali w Mocy. Zekk nie był na nią wrażliwy. Do Luke'a docierało jedynie echo uczuć, które targały nim w tamtej chwili – echa niepewności, zaciekawienia oraz strachu o młodą kobietę, na którą Zekk zerkał co jakiś czas. — Powstań, synu.

Młody mężczyzna podniósł się z trudem. Skywalker przesunął dłonią nad kajdankami skuwającymi jego nadgarstki. Metalowe obręcze z brzękiem opadły na ziemię. Zekk z ulgą rozmasował obolałe nadgarstki. W następnej chwili mistrz Jedi zbliżył się także do dziewczyny. Patrzyła na niego niepewnie. Była czujna, gotowa w każdej chwili odeprzeć atak, jaki mógłby nastąpić z jego strony. Nad jej dłońmi również przesunął palcami, sprawiając, że kajdanki opadły.

— Jesteście wolni. — Luke posłał obojgu ciepły uśmiech. — Możecie wracać do domu, gdziekolwiek on jest.

Usłyszawszy jego słowa, Zekk porwał swą towarzyszkę w ramiona. Mistrz Jedi wyczuł łączące ich ciepłe oraz głębokie uczucie, lecz nie byli oni kochankami. To, co ich łączyło, przypominało raczej więź łączącą brata i siostrę.

— Megan! — zawołał Zekk. — Wynosimy się stąd!

Leia położyła dłoń na ramieniu brata, przyglądając się tej nietypowej parze.

— Luke — rzekła cicho. — Nie wiem, czy to rozsądne, pozwolić im odejść. Znają położenie naszej bazy. Mogą nas sprzedać Najwyższemu Porządkowi.

Skywalker pokręcił głową.

— Nie zrobią tego — zaoponował.

Siostra zerknęła na niego pobłażliwie, przechyliwszy głowę na lewe ramię.

— Tego nie możesz być pewien.

W odpowiedzi Luke jedynie wzruszył ramionami. Leia uśmiechnęła się półgębkiem.

— Ten chłopiec wygląda zupełnie jak Ben, Luke — powiedziała, zniżając głos niemal do szeptu. Ścisnęła ramię brata. — Mógłby nam się przydać. I wydaje mi się — odwróciła głowę, uśmiechając się promiennie do Zekka — że mam pewien plan...

Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top