Prolog. Dziewczyna z wyższych sfer


- Piotrusiu, spóźnisz się na tramwaj!

Przerażony blondyn zbiegał po schodach, w pośpiechu zapinając guziki swojej białej koszuli.

- Pierwszego dnia zajęć... - jęknął, nachylając się w stronę siedzącej w fotelu matki, by sprzedać jej szybkiego całusa.

- O nie, nie! - zatrzymała go kobieta, odkładając na bok robótkę ręczną. - Nie wyjdziesz bez śniadania.

Przy stole siedziała jeszcze jego najmłodsza siostra Łucja, wcinając grzankę z dżemem. Zmierzwił jej przyjacielsko włosy, a ona wyszczerzyła do niego zęby.

- Dzięki. - rzucił w kierunku dziewczynki, chwytając jeden z przygotowanych przez nią tostów. Od razu włożył go sobie w całości do ust.

Pani Pevensie westchnęła.

- Dostaniesz wrzodów żołądka, jeżeli będziesz jeść w takim tempie.

Chłopak wzruszył ramionami, narzucając marynarkę na ramiona. Oczy jego matki zawęziły się.

- Gdzie masz krawat? - zapytała, patrząc na niego z wyraźną reprymendą w oczach. - I czy Ty w ogóle prasowałeś tę koszulę? Na litość boską, Piotrek, bo pomyślą, żeś urwał się z przytułku dla bezdomnych!

Blondyn tylko pomachał jej na odchodne z ustami napchanymi jedzeniem i wybiegł z kuchni. Pani Pevensie załamała ręce.

- Kiedy on wreszcie dorośnie? - rzuciła do córki.

- Jak na moje oko to już całkiem urósł, mamo. - powiedziała dziewczynka, siorbiąc mleko ze szklanki.

.

- No nareszcie śpiąca królewna wstała. - przywitał go Edmund, który razem z Zuzanną czekał na niego przed skromnym jednorodzinnym domkiem ich rodziców.

Był początek października, ale słońce przygrzewało tego dnia wyjątkowo mocno. Jego brat narzucił na szyję tylko prowizoryczny szalik.

- Proszę. - Zuzia wepchnęła blondynowi w ręce ciężką torbę. - Zapakowałam Ci wszystkie potrzebne podręczniki, kilka długopisów, notatnik i drugie śniadanie.

- Jesteś boska. - podziękował siostrze i wszyscy troje ruszyli w stronę przystanku.

- Ale dziś to Ty zmywasz po kolacji. - zastrzegła.

Chłopak westchnął.

- Najwyraźniej nie ma nic za darmo.

Na szczęście udało im się zdążyć idealnie przed przyjazdem tramwaju.

- To chyba twój szczęśliwy dzień, Piter. - Edek jako pierwszy władował się do zapchanego o tej porze transportu miejskiego. Pozostała dwójka zajęła miejsca obok niego.

- Wzięłam też to. - Zuzanna wyciągnęła z kieszeni płaszcza najlepszy krawat Piotra.

- Anioł, nie siostra. - stwierdził blondyn, gdy pomagała mu go założyć.

- Czasem mógłbyś się trochę bardziej postarać. - zauważyła. - To medycyna, Piotrek. Te studia to nie przelewki.

- Ta, zmiażdżą Cię tam i zamienią w chodzące z nosem w książkach zombie. - rzucił Edmund, który przyglądał się gazecie kobiety siedzącej przed nimi. - Hitler już przegrał tę wojnę, jak nic.

Zuzanna przewróciła oczami, poprawiając swój czerwony beret.

- Ja nie żartuję. - naciskała dalej na brata. - Jeżeli chcesz skończyć tę szkołę musisz zacząć się lepiej organizować, chodzić wcześniej spać i och, zrezygnować z siedzenia do późna w warsztacie! Nie będzie teraz na to czasu.

Piotr westchnął, wyglądając przez okno. Cieszył się, że Zuzanna tak bardzo przejmowała się jego studiami, ale czasem miał wrażenie, że kompletnie go nie rozumie.

- Potrzebujemy pieniędzy. - stwierdził krótko. Odkąd zaczęła się ta wojna nie wiodło im się niestety najlepiej. Wszystko podrożało, a pensja ich matki... Cóż, była niewielka.

Ojciec wyjechał, by walczyć na froncie i choć faktycznie zapowiadało się na to, że wkrótce Niemcy podpiszą akt kapitulacji, on nadal nie wracał.

Na blondyna jako najstarszego z ich czwórki spadła niejako odpowiedzialność za sytuację finansową w ich domu. Matka czuła się coraz gorzej i nie miała już sił pracować ponad stan. Musiał ją jakoś odciążać.

- Ale nie kosztem twojej edukacji! - żachnęła się Zuza. - Będziesz dużo zarabiać, gdy w końcu zostaniesz tym lekarzem.

- Czyli za jakieś 9 lat. - zauważył Edmund.

Zuzanna rzuciła mu złe spojrzenie.

- No co? - czarnowłosy uniósł ręce w obronnym geście. - Zanim skończy te studia, a oprócz tego zrobi praktyki, minie trochę czasu.

- Zawsze można zacząć staż w trakcie studiowania. - upierała się nastolatka.

- I zaharować się na śmierć. - uzupełnił jej młodszy brat. - Zuza, daj mu trochę odetchnąć. I tak pewnie stresuje się pierwszym dniem.

Dziewczyna założyła ręce na piersi. Wyglądała na odrobinę obrażoną.

- Ja po prostu chcę mu pomóc. To najlepsza uczelnia w całym...

- Kraju, tak wiemy. - dokończył za nią Edmund, przewracając oczami. - Trafił nam się geniusz w rodzinie i tak dalej.

Chłopak poklepał swojego brata po ramieniu, a tamten uśmiechnął się blado. Od pewnego momentu czuł się całkowicie wykluczony z tej dyskusji.

Wiedział, że oni wszyscy na niego liczą. Czasem jednak ta presja wydawała się... zbyt duża.

- Powodzenia! - zawołała za nim Zuzanna, gdy tramwaj zatrzymał się na jego przystanku, a on skierował się w stronę drzwi.

- Zapoznaj jakieś ładne studentki! - dorzucił od siebie Edmund. - I koniecznie powiedz im, że masz dużo przystojniejszego brata, który jeździ na skuterze. Możesz też od razu dawać im mój numer.

Piotr pokręcił głową, śmiejąc się i wysiadając na skąpaną w porannym słońcu, londyńską ulicę.

______________________

Marmurowy gmach rozległego budynku uczelni świecił w tym momencie pustkami. Blondyn nagle pożałował, że nie wpadł na to, by przyjść pierwszego dnia odrobinę przed czasem. Wyglądało na to, że wszyscy weszli już do sali.

- Cholera. - mruknął, rozglądając się po ogromnym ozdobionym kamiennymi posągami pomieszczeniu. Nietrudno było się tutaj zgubić.

Prędko wspiął się po wyłożonych drogą wykładziną schodach w nadziei na odnalezienie sali wykładowej.

Gdy wbiegł na pierwsze piętro, wpadł na kogoś. Cały hol wypełnił się stosem kartek.

- Cholera jasna! - zawołała dziewczyna, załamując ręce. Miała kasztanowe, prawie rude włosy, a ubrana była w krótką spódniczkę od mundurka i ciemnoniebieski sweter.

- Przepraszam. - rzekł z faktyczną skruchą. Nieznajoma kucnęła, by zebrać kartki. Zawahał się.

Z jednej strony jeżeli zaraz nie odnajdzie sali, będzie spóźniony i zrobi fatalne wrażenie na profesorze. Z drugiej...

- Proszę. - powiedział, pomagając jej sprzątnąć ten bałagan.

Uśmiechnęła się do niego. Miała bardzo ładny uśmiech, mnóstwo piegów i ciemnozielone oczy.

- Piotr Pevensie. - przedstawił się, gdy udało im się zebrać wszystkie dokumenty.

Niepewnie uścisnęła jego dłoń.

- Charlotta. - rzekła. Głos też miała bardzo ładny.

O czym ty rozmyślasz, Piotrek? Pierwszy dzień, a ty zamiast iść na wykład oglądasz się za dziewczynami.

- Szukam zajęć ze Wstępu do anatomii u doktora Hugginsa.- powiedział, trochę licząc na to, że uda się ją zatrzymać, a trochę że faktycznie zna drogę.

Uśmiech na jej twarzy stał się jeszcze szerszy.

- Widzisz, akurat tam idę. - odrzekła na to. - Te kartki to testy ewaluacyjne dla pierwszoroczniaków.

O wow, ale miał szczęście.

Chłopak ruszył za nią korytarzem.

- Pewnie chcesz, żebym podała Ci odpowiedzi. - rzuciła, gdy mijali posąg jakiegoś anioła.

- A dałabyś mi? - zdziwił się.

- Może. - odpowiedziała.

Blondyn wzruszył ramionami.

- I tak podziękuję. - odrzekł. - Chce dostać taki wynik, na jaki zasługuje.

Rudowłosa uniosła ze zdziwienia brwi.

- Jak honorowo. - zauważyła. - Oby ta uczelnia tego w Tobie nie zabiła.

Zanim jednak zdążył zapytać, co ma na myśli, dziewczyna otworzyła drzwi do sali wykładowej, przepuszczając go w przejściu.

___________

- Skąd znasz młodą rektorównę?

Piotr odwrócił się do wysokiego chłopaka, który wychodził za nim z sali.

- Kogo? - zapytał.

Brązowowłosy student w jasnej marynarce przewrócił oczami.

- Charlottę Rose, a kogo - wyszczerzył się. - Księżniczkę tej budy.

Wyszli na korytarz i teraz coraz więcej osób przyglądało się Piotrowi, szepcząc coś między sobą.

- Mówisz o tej dziewczynie, z którą wszedłem na wykład? - upewnił się, a tamten skinął głową, jakby to była największa oczywistość. - Wpadłem na nią na korytarzu.

- Wpadłeś na Rose na korytarzu? - chłopak, jakby nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. - Stary, w czepku się urodziłeś czy jak?

Piotr wzruszył ramionami.

- To totalnie najlepsza laska na całej uczelni. - stwierdził brunet. - I totalnie poza ligą.

Chłopcy wyszli na dziedziniec przed budynkiem. Dzień był dziś naprawdę słoneczny.

- Nie lubię zabaw w ligi. - odrzekł Piotrek. - Gdy kogoś lubisz, to go lubisz bez względu na status społeczny.

Student przyjrzał mu się, jakby się zastanawiał skąd też się on urwał.

- Tak w ogóle to jestem Ben. - powiedział w końcu, wyjmując papierosa.

- Piotr.

- Do jakiego bractwa należysz? - zapytał Ben, proponując mu tytoń. Tamten odmówił.

Chłopak schował paczkę fajek do kieszeni płaszcza.

- Do żadnego. - odpowiedział szczerze Pevensie, zaglądając do torby w poszukiwaniu drugiego śniadania, które zrobiła mu siostra. - To źle?

Ben zaciągnął się papierosem.

- I nie masz żadnego promotora? - zgadywał dalej, jakby nie usłyszał pytania.

Piotrek wyjął zielone jabłko i wgryzł się w nie, zaprzeczając.

- Więc jesteś outsiderem. - pokiwał głową Ben. - Tak jak myślałem.

Grupka dziewczyn minęła ich i chłopak uśmiechnął się do nich, jakby je dobrze znał, choć przecież to musiał być również jego pierwszy dzień.

- Taką dam Ci radę. - rzekł, gasząc niedopałek o mur. - Nie zaprzyjaźniaj się za bardzo z tą Rose, bo będziesz miał przesrane.

Piotr zmarszczył brwi i już otwierał buzię, by o coś zapytać, gdy ten poklepał go po ramieniu.

- Chodź, czeka nas teraz półtorej godziny wstępu z farmakologi. I coś czuję, że ten profesor też lubi zaczynać od testów.

Ruszyli więc z powrotem do budynku. Słowa, które wypowiedział Ben nie dawały jednak Piotrowi spokoju.

Czemu miałby się z kimś nie zadawać, tylko dlatego, że ten typ mu tak powiedział? Był przecież królem... Nie przywykł do takiego traktowania.

I kim ona była, ta Charlotta Rose, że wzbudzała taką reakcję wśród ludzi?

Pomyślał, że w końcu pewnie i tak się dowie. Bo tak to już jest, że często najbardziej ciągnie nas do rzeczy, których się nam zabrania.

Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top