28

Jack ¤.¤

-Ach..miło Cię znowu widzieć.-Podał mi rękę Andrew.

-Mi Pana też.-Uśmiechnąłema się.

Chwytam walizkę i wchodzimy do wielkiego budynku z krzesłami,dywamami i szklanymi ścianami.Wszędzie kszątali się ludzie.Jedni rzucali się w swoje ramiona, drudzy rzegnali się z łzami w oczach-Normalnie jak na wojnie-.

-Pasażerowie lecący do Egiptu proszeni na..-

-My idziemy w innym gdzie indziej.-Złapał moją mamę w pasie i nakierował ją w odpowiednim kierunku.-Idziemy do mojego prywatnego samolotu.-Wchodzimy po schodach do ptaka z silnikiem.

-Prosimy wyłączyć wszystkie urządzenia elektryczne.Życzymy miłego lotu.-I wzbijamy się w powietrze.Jest tam osiem łóżek i tyle samo siedzen w drugiej komorze,do zestawu jest jeszcze łazienka.

Uruchamiam telefon i wkładam słuchawki do uszu.Muzyka się wycisza i słyszę sygnał wiadomości po czym uruchamia się od początku.

Alex:

"Naprawdę sądzisz, że nie ma lepszych??"
Ja:
"Zastanowię się"-Uśmiecham się sam do siebie.

Alex:

"DORWĘ CIĘ :*"
Ja:
"OCH...CZEKAM NA TO"
Alex:
"TE KILOMETRY CHYBA CIE DOSTARCZAJĄ CI ODWAGI?!"
Ja:
"YEP...mam pewność ,że nie masz jak mnie dorwać więc się mogę podroczyć,Alex"
Alex:"To imie bedziesz jeczał z roskoszy gdy wrucisz ".Przygryzam warge i czuję palące się policzka.

Dostaję jeszcze jednego sms'a.
"Kocham Cię Jack".Rozpływa się i uśmiech nie znika z mojej twarzy.Moja mina wygląda pewnie tak jakbym był szaleńcem.

-Ee Jack,synku ...czy wszystko dobrze?-Pyta spęta mama.Kiwam głową.

-T..to dobrze..-Zaczyna rzucać samolotem.

-Przepraszamy,to turbulencje.-Mama zrobiła się jeszcze bledsza,chwycił mocno dłoń swojego "chłopaka" i przemknęła silne.

-Wszystko będzie dobrze kochanie.

-Mam nadzieję!!

------

Przecieram oczy ,jest trzynasta dwadzieścia.Na stoliku położono tacę z śniadaniem.Kawa zborzowa ,dwie bułki ,Nutella i nuż.Mama musiała im powiedzieć co uwielbiam.

Do pokoju wchodzi jakiś mężczyzna na oko dwadzieścia lat, przypomina mi Alexa...chyba już za nim tęsknię.

-Och...Obudził się Pan.-Uśmiecha się-.Pan Smith kazał przynieść recznik.-Wskazuje palcem.

-Dobrze.Ile jeszcze do celu?

-Jeśli nie będzie problemów to wieczorem

-A dokładniej?

-Około dziewiętnaste.-Wychodzi. Podchodzę do stolika i zabieram się za szamanie bułek.

Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top