My Nightmare
Po kilku niezbyt ciekawych lekcjach wreszcie przyszedł ten czas w ciągu dnia, na który tak bardzo czekała.
Od przeszło kilku miesięcy grała w quidditcha, ale nie była w stanie określić kiedy zaczęła faktycznie lubić ten sport. Zapisała się przecież do drużyny nie z zamiłowania do aktywności fizycznej, lecz aby znaleźć się bliżej Huncwotów, co i tak okazało się klapą, wszak żaden Huncwot nie był już w drużynie. Ale w którymś momencie zaczęła naprawdę czerpać przyjemność z gry. Na trening szła więc z uśmiechem na twarzy.
– Widzę, że masz dzisiaj dobry humor. Bardzo się cieszę.
Tymi słowami powitał ją Henry, gdy już przebrana w strój stawiła się na boisku, gotowa rozpocząć trening. Chłopak poklepał ją po plecach i polecił ustawić się w standardowym szeregu. Posłusznie stanęła na swoim miejscu, czekając na pozostałych.
– Drużyno! Ostatnio odnieśliśmy porażkę, która wszystkich nas zabolała. Przegrana ze Slytherinem faktycznie była druzgocąca, szczególnie dla mnie jako początkującego kapitana, ale nie możemy się teraz poddać. Trzeba trenować dalej i zapomnieć o tym, co było. – wygłosił Henry, przechadzając się w jedną i drugą stronę. Jego jasne oczy po kolei obserwowały każdego zawodnika. – Dobra, wszyscy. Ruszać te tyłki.
Gryfoni, śmiejąc się pod nosem, wzbili się w powietrze. Henry miał taką rzadką umiejętność – potrafił zarażać innych swoim pozytywnym nastawieniem i energią. Przy nim nie dało się smucić i może to dlatego wszyscy go tak lubili.
Ruby prychnęła cicho z rozbawieniem, gdy kapitan jednym ruchem głowy kazał jej skupić się na grze. Naprawdę, tego chłopaka nie dało się nie lubić.
▪︎▪︎▪︎
Po treningu opadała z sił. Henry naprawdę ich przycisnął i nie dawał ani chwili wytchnienia.
Mimo to mocne zmęczenie dawało jej satysfakcję i znacznie poprawiało nastrój. Dwie godziny quidditcha faktycznie sprawiły, że czuła się lepiej, ale do czasu. A dokładniej do momentu, gdy przypomniało jej się o dzisiejszym prywatnym spotkaniu z Bernadette.
O tyle o ile była w stanie jakoś wytrzymać zebrania Klubu Ślimaka, kiedy to zbierali się w dużej grupie, o ile widzenie się z Devall na osobności wprawiało ją w przerażenie.
– Ruby Wetherby. Jak miło cię widzieć. Wejdź.
Wciąż czerwona na twarzy z wysiłku usiadła naprzeciwko nauczycielki. Jej czarne włosy nastroszyły się i stały na wszystkie strony, a długie, szponiaste paznokcie rytmicznie bębniły w blat.
Ruby miała wielką ochotę opuścić jej gabinet od chwili wejścia do środku. Tego dnia pachniało tam kadzidełkami i alkoholem, co przyprawiało o ból głowy bardzo szybko.
– Sądzę, że twoja fobia społeczna zanika. Z moich obserwacji wnioskuję, że czujesz się lepiej w towarzystwie ludzi, skoro na przykład gra w drużynie nie sprawia ci już większych problemów. Widziałam cię też kilka razy z tymi chłopakami.
Devall odsunęła się na krześle, skrzypiąc nim niemiłosiernie i położyła nogi w czarnych szpilkach na stole.
– Huncwoci, tak się nazywają, prawda? Niezłe z nich chuligany, robią spory zament, ale są ciekawi. Ciebie chyba też zaciekawili.
Bernadette wlepiła przenikliwy wzrok w uczennicę, chcąc wyczytać cokolwiek z jej twarzy. Nie udało jej się to. Ruby potrafiła zachować minę niewyrażającą zupełnie żadnych emocji przez całkiem długo.
Terapeutka nie przejęła się obojętnością podopiecznej. Splotła chude palce na brzuchu i zerknęła do swojego notatnika.
– Uwierz mi, moja droga, wiem o tobie naprawdę sporo. Obserwuję cię. Wiem, dokąd chodzisz. Co robisz. Z kim się zadajesz. Choć tu akurat lista nie jest długa. – prychnęła kpiąco.
Blondynka łypnęła na nią okiem. Udawała opanowaną, ale słowa kobiety nieco ją zaniepokoiły.
– Powinnaś być bardziej ostrożna. Jeszcze jeden spacer po zmroku i możesz zarobić jakiś nieprzyjemny szlaban. Ostatnio straciłaś dosyć ciekawą pelerynę–niewidkę, z tego co wiem nie należała ona do ciebie, więc tym gorzej dla ciebie. Zobaczymy, co będzie następnym razem.
Bernadette zdjęła nogi ze stołu i przysunęła się do dziewczyny.
– To nie jest groźba. Potraktuj to jako ostrzeżenie. I to ostatnie. W twoim przypadku muszę być konsekwentna i rygorystyczna, sama sobie na to zapracowałaś.
Kolejne strony notatnika zaświszczały, przewracane jedne po drugich. Ruby z całej siły zacisnęła paznokcie na wnętrzu dłoni.
Nie dość, że sytuacja w szkole była napięta, to jeszcze właśnie dowiedziała się, że ma stalkera w postaci swojej terapeutki. Która, swoją drogą, niezbyt jej pomaga w przełamaniu lęku. Po prostu świetnie.
– Nie martwisz się może o swoich rodziców?
Devall przekrzywiła głowę, patrząc na dziewczynę z powątpiewaniem.
Gryfonka poczuła się wytrącona z równowagi. O czym ona mówi?
– Twoja wizyta w pewnej sali. Lustro Ain Eingarp. Coś ci świta? Zobaczyłaś swoich rodziców, prawda?
Blodynka oniemiała. Za duża ilość informacji naraz powodowała u niej duszności. Skąd ta stara ropucha wiedziała o tym lustrze?
– Pozdrów ich ode mnie. Na pewno bardzo cię kochają, szkoda by było gdyby coś im się stało. A Czarny Pan wyruszył już w drogę, może dosięgnie i twojej rodziny...
Czara goryczy się przelała. Ruby w jednej chwili zerwała się z krzesła i cisnęła leżącym na biurku piórem w nauczycielkę. Chybiła, przedmiot przeleciał jakieś pół metra od głowy kobiety, ale nie przejmowała się już tym. Żegnana pokrzykiwaniami Bernadette, wybiegła z pomieszczenia, trzaskajac drzwiami. Może i trochę przesadziła z tym rzucaniem piórem, ale to i tak nie równało się z podstępnymi wyczynami tej wariatki.
– Do zobaczenia, Ruby! – usłyszała jeszcze, nim ten irytujący głos zagłuszyło szuranie jej własnych butów o posadzkę w zaciekłym biegu.
🌟
Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top