Rozdział XX Jesteśmy w tym razem

10.03.2007

    Tak trudno było mi ją przekonać, aby ze mną zamieszkała, by wyprowadziła się z ruiny, który nazywała domem. Okna nie były tam szczelne, na ścinach grzyby i zacieki. Było tam lodowato, nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak ona zamierzała tam mieszkać w zimie. Jakby sobie poradziła, będąc w takim stanie. Jednak nie dowiedziałem się tego. Mimo że mieszkaliśmy pod jednym dachem, nie odzywaliśmy się do siebie. Monika omijała mnie. Najczęściej sprzątała, albo czegoś się uczyła. Najwięcej czasu spędzała z moją mamą, która prosiła, aby sobie dała spokój, że teraz najważniejsze jest dziecko, ale dziewczyna kręciła tylko głową i wracała do zmywania naczyń. Kiedy tylko mogłem, wyjmowałem z jej dłoni ścierki, gąbki, szczotki i kończyłem każdą, zaczętą przez nią pracę.

    I tak mijał dzień za dniem, aż wreszcie uśmiechnęła się. Może nie do mnie, może dlatego, że ucieszyła się z sukcesu kogo innego, ale i tak radość przepełniła moje serce. Patrząc, jak dziewczyna przytula do siebie Maćka, jak w jej zmęczonych oczach pojawiają się wesołe iskierki, sam cieszyłem się szczęściem chłopaka, który miał zadebiutować po raz pierwszy w Pucharze Świata. Pogratulowałem mu. Mimo że nie sądziłem, aby to był dobry pomysł, by od razu wystartował na dużym obiekcie, to życzyłem mu sukcesu. Obiecałem, że obejrzę te jego pierwsze zawody.

- Będziesz wtedy na treningu - syknęła Monia, kiedy tylko Maciek udał się do domu. Spojrzałem na nią zaskoczoną, ale chwilę później uśmiechnąłem się. Brunetka nadal byłam tą samą dziewczyną co wcześniej.

    Od tego wydarzenia minęło kilka dni. Mimo nacisku Moniki nie poszedłem na skocznię. Zostałem w domu, telefonicznie zwalniając się z zajęć z trenerami. Usiadłem przed telewizorem. Włączyłem kilka minut po rozpoczęciu transmisji. Chwilę później koło mnie znalazła się Monia. Ubrana była w starą sukienkę mamy. Jej ciążowy brzuszek był już dosyć duży. Miałem ochotę położyć na nim dłoń, poczuć moje dziecko, ale nie chciałem psuć chwilowego rozejmu, który udało mi się zawrzeć z dziewczyną. Siedziałem, więc tylko i kątem oka zerkałem na nią. Przeżywała to jak zawsze, emocjonowała się każdym skokiem jak kiedyś. Może i poczułem ukłucie w sercu, kiedy zacisnęła dłonie, gdy na belce usiadł Kamil, zacisnęła dłonie i czekała, aż skoczek wyląduję, ale wystarczyło mi to, że jest tak  blisko.

   Wygrali jak zwykle Austriacy, nam udało się zająć siódme miejsce, co i tak było sukcesem. Biorąc pod uwagę, że średnia wieku u nas w drużynie nie przekraczała dwudziestu dwóch lat. Byliśmy jednym z najmłodszych teamów.

- Nie było bardzo źle - powiedziałem.

- Nie - pokiwała głową i spróbowała wstać, ale nagły ból w podbrzuszu zmusił ją, by usiadła.

   Natychmiast przy niej ukląkłem.

- Co się stało? Mogę ci jakość pomoc?- zapytałem.

- Nie. Spokojnie, nasze dziecko po prostu strasznie mocno kopie - odpowiedziała.

   ,, Nasze dziecko". Po raz pierwszy użyła tego sformułowania.

- Mogę? -nagle wstąpiła we mnie odwaga i skierowałem wzrok na jej brzuch.

- Dobrze - powiedziawszy to chwyciła moją dłoń. Położyła ją na swoim ciele.

   Trochę to trwało, ale w końcu poczułem kopnięcie. Moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Czułem się taki dumny. To przeżycie nie było podobne do żadnego innego. Szczęście, radość, miłość. Tam, pod sercem, najukochańszej dla mnie dziewczyny, rozwijało się życie. Nie było tego w planach, nie myślałem o tym. Byłem zbyt zajęty sobą by pomyśleć o zwykłym życiu. Przecież nawet najlepszy skoczek musi kiedyś skończyć karierę, a potem? Nigdy tak na to nie patrzyłem. A teraz otworzyłem oczy. Niby wpadka, miała zmienić moje życie na lepsze.
- To cudowne, prawda - szepnęła Monia i uśmiechnęła się smutno.
- Tak - zgodziłem się. - Przepraszam. Nie myślałem wtedy racjonalnie. Byłem wściekły. Nie powinienem, ale... wybacz mi.
  Dziewczyna nagle zaczęła płakać. Nie wiedziałem co się dzieje.
- Moniko...
- Wszystko w porządku. Po prostu nie tak to sobie wyobrażałam...
- Ale...
- Nie chciałam być typową, wiejską dziewczyną, która w wieku dwudziestu lat nie studiuje, nie pracuje, tylko niańczy małe dziecko, bo nie myślała o konsekwencjach. Tak bardzo starałam się tego uniknąć, śmiałam się z takich niuniek, a teraz sama z brzuchem pod brodą siedzę u twoich rodziców na garnuszku...
- To co innego - próbowałem jakoś ją pocieszyć.
- Nie, Matti, nie powinnam iść na tamto wesele.
- Tylko uczyć się do nieprzytomności.
- Miałam marzenia.
- Każdy ma. Tylko ty swoje spełnisz.
- Jak? Przez rok będę musiała siedzieć w pieluchach.
- Ale...
   Dziewczyna wstała. Jakby naszej rozmowy nie było. Nie patrząc na mnie, ruszyła w stronę kuchni, kiedy pomyślałem, że wszystko wraca do ,,normalności" usłyszałem jej cichą prośbę:
- Pościel nam łóżko -  powiedziała i zniknęła w głębi korytarza. Lekko zdziwiony spełniłem jej życzenie. Zmieniając pościel na nową.

***

   Kiedy skończyłem, weszła do pokoiku z dwoma kubkami herbaty.
- Polubiłaś czarną?- zdziwiłem się.
- Od braku kawy wariuję, a ziółka są dla mnie za słabe.
- Słodzisz? - zapytałem.
- W przeciwieństwie do ciebie nie profanuje herbaty.
   Uśmiechnąłem się i przyjąłem jeszcze ciepłe naczynie. Razem usiedliśmy na podłodze koło łóżka.  - Nawet nogi mi spuchły i się skurczyły. Miałam takie ładne, długie - jęknęła.
- Tak, poleciałem na ciebie, bo zwariowałem na punkcie twoich kończyn - wyszczerzyłem się.
- To co innego ci się we mnie podobało? - podniosła brwi.
- Ty po prostu miałaś to coś - zażartowałem, a ona tylko głośno westchnęła.
   Potem siedzieliśmy w milczeniu, jednak tym razem mi nie przeszkadzało, bo trwaliśmy w nim razem, prawie że przytuleni do siebie, sami od bardzo, bardzo dawna.
- Pomóż mi wstać - poprosiła.
   Ukląkłem przy niej. Podłożyłem ręce pod jej plecy i kolana, delikatnie uniosłem. Położyłem ją na łóżku, ale ona po chwili usiadła, odłożyła kubek i odwróciła się do mnie plecami.
- Pomasujesz mnie?- zapytała i zdjęła sukienkę.
   Starałem się nie patrzeć na jej prawie nagie ciało. Nieśmiało zacząłem masować jej spięte ciało.
- Jak tobie musi być ciężko - mruknąłem.
  Nie odpowiedziała. Zaczęła bawić się swoimi włosami.
- Dziewczynka czy chłopiec? - zapytałem nagle.
- Pierwsze pytanie Maćka- uśmiechnęła się. - Ale czy to ważne?
- Nie... to znaczy wolałbym wiedzieć czy mam się nauczyć pleść warkocze.
-  Nie będzie takiej potrzeby-  powiedziała.- Mój mały Olek.
- Wybrałaś już imię?
- Nie do końca, ale Aleksander brzmi ślicznie.
- No nie wiem. Może jakieś bardziej oryginalne? - zasugerowałem.
- Masz jakiś konkretny typ czy po prostu chcesz mieć własne zdanie.
- Seweryn.
- Dlaczego?
- Mój ojciec chrzestny miał tak na imię. Jako jedyny we mnie wierzył. Tak jak ja był rodzinną, czarną owcą.
- Brat ojca?
- Matki. Nigdy nie byli ze sobą jakoś bardzo blisko, ale dla mnie był wzorem. Skończył studia, spełnił swoje marzenie, ale...
- Co?
- Zaczadził się. Nie dokręcił czegoś, zasnął i już nigdy się nie obudził. Bardzo mi go brakuje.
- Dobrze - powiedziała. - Może być Seweryn. Skoro tyle to dla ciebie znaczy.
- Dziękuję.

   Masowałem ją jeszcze jakiś czas. Potem położyliśmy się obok siebie. Nie kazała mi wyjść, tylko przytuliła się do mnie.
- Jeszcze tylko miesiąc - szepnęła. - I będzie nas troje.
- Czym więcej tym lepiej.
- Możesz sobie pomarzyć - mruknęła. - Seweryn będzie jedynakiem.
- Zobaczymy - droczyłem się z nią.
- Zaraz będziesz spał na podłodze - zagroziła i odwróciła się plecami.
- Dobranoc - powiedziałem.
- Dobranoc.

    I tak zastała nas noc. Ciemna i spokojna. Wtuleni w siebie leżeliśmy i każde próbowało zasnąć. Jednak sen nie nadchodził szybko. Rozmawialiśmy jeszcze potem o pokoiku, wózeczku, ubrankach i tym podobnych sprawach, a ja już nie mogłem się doczekać, kiedy powitam swojego potomka na świecie.

 

I tak o to został nam ostatni rozdział. Mam nadzieję, że wytrzymacie jeszcze trochę ze mną :p Pozdrawiam i miłego weekendu.

Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top