X
Gdy wróciłam, drzwi były otwarte a przed domem stało czarne BMW. Nie. Błagam tylko nie ona - myślałam.
-Cześć Lilith - uśmiechnęła się - jak się czujesz?
-Dzień dobry - odparłam - dobrze, co pani tutaj robi?
Wstała z kanapy i położyła mi ręce na ramionach.
-Tak mi przykro z powodu Marie. Była moją najlepszą pracownicą - jej słowa były puste i sztuczne. Nie było w nich cienia ludzkich emocji.
Spuściłam głowę.
-Tak... Bardzo mi jej brakuje.
-Wiem skarbie, wiem. Przyjechałam tutaj, ponieważ muszę zabrać cię do domu dziecka.
-Dlaczego? - byłam przerażona.
-Zostałaś bez opiekunki i jesteś niepełnoletnia. Przykro mi.
Chciałam się na nią wydrzeć. Wykrzyczeć prosto w twarz co o niej myślę, że to przez nią Marie popełniła samobójstwo. Nie zrobiłam tego, byłam zbyt załamana.
-Przyjadę za dwie godziny, spakuj swoje rzeczy, dobrze?
Pokiwałam twierdząco głową.
Wyszła. Jak ona może być takim potworem. Przyjechała tu i jak gdyby nigdy nic oświadczyła, że mam trafić do sierocińca. Każde wypowiadane przez nią słowo było pozbawione współczucia czy empatii. Ta gruba k*rwa powinna zginąć. To ona powinna tam wisieć, nie moja opiekunka. Ona.
Stałam tak po środku pokoju, gdy poczułam jak ktoś się do mnie przytula.
-Dzisiaj albo nigdy Lili. Musisz to zrobić.
Przytuliłam się do niego.
-Tak. Masz rację. Zrobię to...
-Zabijesz ją.
Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top