5. Spóźnienia, spóźnienie

Następnego dnia mój budzik zadzwonił za pięć siódma. Lekcje w Chilton zaczynały się w punkt 8:00, a już o wpół do odjeżdżał autobus, który miał mnie zawieźć do szkoły, więc był to najwyższy czas by wstać. Kiedy już zmusiłam się do opuszczenia łóżka, i wciągnęłam na siebie wszystkie elementy garderoby przygotowanej na dzisiejszy dzień, zeszłam pospiesznie na dół, gdzie czekała już na mnie mama. Na stole przed nią leżało jedzenie od Luke'a.

-Nie ma czasu żeby jeść na miejscu - wyjaśniła.

Pokiwałam głową, i usiadłam przy stole.

-Nie chcesz się chyba spóźnić, co? - dodała, podając mi talerz.

-Hmm - wzięłam od niej okrągłe naczynie i udałam zamyślenie - Brzmi kusząco, ale chyba odmówię. Mam w końcu jeszcze całe następne cztery lata na spóźnianie się!

Zaczęłam pospiesznie nakładać sobie jedzenie.

-Kto wie, może po paru spóźnieniach okaże się, że mają one ograniczoną liczbę na jeden rok? W końcu to Paris - widocznie mamie się jeszcze nie znudziło.

-Faktycznie, o tym nie pomyślałam- podjęłam - W takim razie będę musiała zmieniać szkołę po jednym roku - uśmiechnęłam się.

-Nieograniczony limit spóźniania się?

-Właśnie - potwierdziłam.

-Może lepiej nie idź do tego Chilton, bo ci głowa wybuchnie - na twarzy mamy pojawił się szeroki figlarny uśmiech.

-Mówisz, że przedawkuje wiedzę? - upewniłam się, również nie ściągając uśmiechu z twarzy.

-Właśnie.

Po tym jakże ''wnikliwym'' monologu, szybko zjadłyśmy śniadanie, wypiłyśmy każda po porządnym kubku kawy, i wyszłyśmy z domu.

⋆>━━━━━━━━━━━━━<⋆

Pożegnałam się z mamą, która wsiadła do auta, żeby ruszyć nim do pracy, a ja sama poszłam w stronę przystanku autobusowego. Niecałe 10 minut później byłam już na miejscu. Usiadłam na ławce, obok której wbity był słup z ze znakiem informującym właściwie o istnieniu przystanku. Wyjęłam słuchawki, podłączyłam je do telefonu, i włączyłam muzykę. Niedługo potem wybiła godzina o której autobus miał się zjawić. Ale się nie zjawił. Poczekałam jeszcze parę minut. Może to tylko drobne spóźnienie? Ale minęło piętnaście minut, a autobus nadal nie nadjeżdżał. Zdenerwowana weszłam na stronę lini autobusowych, i po chwili znalazłam to, czego szukałam. Zamiast godzin przyjazdu i odjazdu widniała tam wiadomość napisana wielkimi literami:

GODZINA PRZYJAZDU PRZESUNIĘTA Z NASTĘPUJĄCYCH POWODÓW NA 8:00. PRZEPRASZAMY.

No. Nie. Czy. Oni. Tak. Serio? ,,Jeszcze z takich następujących powodów, że już nie mogli napisać'' - pomyślałam rozgoryczona.

Ale zamiast narzekać dalej, wybrałam numer do mamy. Po chwili odebrała.

-Halo? - rozległ się głos w telefonie.

-Nasz plan nie wypali - powiedziałam.

-Lori, coś się stało?

-Tak. Nasz plan. Ze spóźnianiem się. Zawaliłam. A właściwie on zawalił.

-Ale jak to?

-Autobus. Spóźni się.

-O ile?

-Będzie o ósmej.

-Szlag.

-Wiem.

Na chwilę zapanowała cisza. Postanowiłam ją jednak przerwać:

-Wiem, że nie możesz przyjechać. To nic.

-Niestety, rzeczywiście nie mogę. Ale zdążyłam już to przemyśleć. Lori, zadzwoń do babci, i zapytaj czy ona albo Luke mogą cię podwieźć. Gdyby żadne z nich nie mogło, złap taksówkę.

-Jasne. Dobrze, że Taylor je wprowadził.

-Tak. Chwała Taylorowi. Trzymam kciuki żeby się udało. Pa.

-Pa.

Mama rozłączyła się. Zadzwoniłam do babci, i prędko wszystko jej wyjaśniłam. Okazało się, że Lorelai Gilmore akurat miała przerwę na kawę i, że cytuje ,,chętnie stanie się moim bohaterem, i mnie uratuje'' rozumiejąc przez to przyjazd po mnie swoim beżowym Jeepem i odwiezienie mnie do szkoły. Po zakończeniu tej krótkiej rozmowy tym razem ja się rozłączyłam. Nie włączałam już muzyki; schowałam telefon i słuchawki do plecaka, i czekałam na babcię. Kiedy się zjawiła było już pięćdziesiąt pięć minut po siódmej. Niestety. Wsiadłam do auta, i przywitałam się z babcią.

-Dzięki, że mnie podwieziesz - powiedziałam, kiedy pojazd ruszył.

-Nie ma za co. Tylko niestety, kochana, spóźnisz się jakieś dobre dwadzieścia minut.

-Wiem...

-Mam nadzieję, że cię nie wyleją - wyszczerzyła się do mnie.

-Dobrze by było - odwzajemniłam uśmiech, od razu podłapując rzucony mi haczyk zapraszający do rozmowy w naszym wykonaniu.

-W razie czego zmywak w Dragonfly'u* jest wolny.

-Zobaczymy, może skorzystam - odparłam udając powagę.

-Zachowam go dla ciebie - babcia również nie pozwoliła sobie nawet na najmniejsze drgnięcie.

Potem jak na komendę wymieniłyśmy rozbawione spojrzenia i mama mojej mamy puściła głośną muzykę. Przez resztę drogi fałszując śpiewałyśmy razem z radiem, a kiedy dojechałyśmy babcia ściszyła muzykę, po czym z bijącą od niej pewnością siebie oraz promiennym uśmiechem na twarzy wypaliła:

-Jeśli spotkasz na korytarzu Paris, koniecznie szybko się przeżegnaj i pozdrów ją ode mnie, może to złagodzi sprawę!

-Tak zrobię - powiedziałam, gramoląc się z Jeepa.

-Trzymam kciuki, żeby cię jednak nie wylali - ostatni raz wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

-Dzięki. Pa - jeszcze przez sekundę się do niej szczerzyłam, a potem zamknęłam drzwi samochodu.

Biegnąc w stronę wejścia do budynku, czyli ogromnych dwóch drewnianych skrzydeł drzwi, słyszałam jak auto z piskiem opon odjeżdża.

* hotel prowadzony przez Lorelai i jej przyjaciółkę Sookie

no hej hej!

jak tam się podobało? 

spokojnie, nie mam zamiaru na tym kończyć pierwszego dnia Lori w Chilton. w kolejnym rozdziale będzie wszystko opisane<3

no więc to chyba tyle. mam nadzieje, że spełniłam oczekiwania, i że rozdział przypadł wam do gustu.

widzimy się niedługo w kolejnym rozdziale, a zatem papa, trzymajcie się i miłego dnia!!

Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top