58. Saki
Miałem mętlik w głowie. Mia nawijała coś bez przerwy i jarała się najmniejszą rzeczą. Od zawsze lubiła rośliny, hodowanie ich i patrzenie jak rosną. Więc tutaj czuła się jak ryba w wodzie. Za to ja nie mogłem się wcale odnaleźć. Łaziło za mną takie Deja vu... Jakbym już kiedyś, dawno temu tu był.
-Saki!- Mia podniosła głos, a ja, aż podskoczyłem. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że jest już prawie całkowicie ciemno.
-No tak... Mamy zimę- wymamrotałem.
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!- krzyknęła wściekła.
-Yhym... S.. Słucham- starałem się na niej skupić, choć nie było to łatwe.
-Więc o czym mówiłam- naburmuszyła policzki i założyła ręce, patrząc na mnie wyczekująco.
-O... Drzewkach?- Zaryzykowałem.
-Jednak nie słuchasz- Westchnęła.
-P... Przepraszam- Wyraziłem skruchę, mimo że nawet w najmniejszym stopniu nie czułem się winny.
-Mówiłam o tym, że go nie ma-
-Kogo?- Zatrzymałem się, pozwalając, by tłum nas wyprzedził.
-No kogo debilu?!- Dopiero zorientowałem się, o kim mówi.
-Ja pierdole...- jęknąłem- Jestem debilem-
-Dopiero zauważyłeś?- Powiedziała dziewczyna z lekką irytacją.
-Gdzie on jest?- Rozejrzałem się, licząc, że zobaczę jego czarną czuprynę.
-Przecież ci mówię, że go nie ma- Mia denerwowała się coraz bardziej. Cofnąłem się parę kroków.
-Trzeba było się na niego nie obrażać za twoją głupotę. Mogło mu się zrobić przykro, Saki- Jej głos złagodniał, a do mnie dotarło, że ma rację. To nie wina Kou, że nie potrafiłem wziąć się w garść i powiedzieć mu co czuję.
-Lecę go szukać-
-Co?- odwróciłem się na pięcie- Saki czekaj!- Wrzasnęła, jednak ja już biegłem przed siebie.
Przez moją głowę przelatywały zakurzone wspomnienia, a Deja vu się nasilało.
Byłem dzieckiem, przez głowę przelatywało mi wiele myśli, tak bardzo martwiłem się o przyjaciela. Czułem ogromne wyrzuty sumienia, łzy cisnęły się do oczu. Krzyczałem czyjeś imię. Wtedy zobaczyłem postać kulącą się pod drzewem.
Zdyszany zatrzymałem się przed czarnowłosym. W tamtej chwili miałem ochotę rzucić się na niego, zacząć tulić i całować. Krzyczeć, że ma mnie już nigdy tak nie straszyć. Następne co pamiętam, to, że jechaliśmy samochodem. Chłopak spał z głową opartą o moje ramię, a ja gładziłem go po włosach.
-Durniu!- Wrzasnąłem- Na chwilę nie można cię spuścić z oczu- Zasapany zatrzymałem się przed przyjacielem- Cz... Czek... Czekaj. Kolka- Położyłem się na ziemi i spojrzałem na dach z liści.- Wystraszyłeś mnie- Odetchnąłem z ulgą.
Cisza mnie dobijała, więc powiedziałem.
-Hej, Kou...- przygryzłem wargę.
-hm?-
-Przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. Dupek ze mnie-
-Nic się nie stało... Tylko zastanawiałem się, czy zrobiłem coś źle-
-Oczywiście, że nie! Po prostu to miejsce budzi wspomnienia...-
-Prawda?-
-Więc... Jest okej?- Zapytałem.
-A kiedyś nie było?- zdziwił się.
-I za to cię uwielbiam stary-
-Chce ci przypomnieć, że jesteś starszy- zaśmiał się.
-Możemy iść? Wszystko dobrze?- Pokiwał głową i się podniósł, ale kolana się pod nim ugięły.
-Eh...- Westchnąłem i uklęknąłem, by mógł mi wejść na barana.
-Co?- Zdziwił się przyjaciel.
-No właź na barana. Nie będziesz mi chyba kazać tak czekać- zaśmiałem się.
-J.. Jestem ciężki- Odwrócił wzrok.
-Na pewno nie cięższy niż moja siostra- Wyszczerzyłem zęby. -No już, nogi mi drętwieją- W końcu się mnie posłuchał. - I hop!- Podniosłem się, a chłopak krzyknął. - Spokojnie, trzymam cię mocno. Tylko mnie nie duś-
- okej- Wydukał.
-No to idziemy!- ruszyłem przed siebie, znaleźć wyjście z tego cholernego parku.
Bạn đang đọc truyện trên: AzTruyen.Top